Determinacja tapicera – w poszukiwaniu wzorów

Sylwia Biegaj jest pierwszym rzemieślnikiem, który po wystartowaniu Projektu Pracownie sam się do nas odzywa. Wysyła e-mail, pyta w nim o nasze plany, ideę przedsięwzięcia i przedstawia swoją sytuację. Szybko po otrzymaniu wiadomości od Sylwii umawiamy się na wywiad w jej pracowni na Gocławku. Prosto z biura jedziemy do pięknego mieszkania z wydzieloną przestrzenią roboczą – miejscem przeznaczonym do renowacji mebli tapicerowanych i drewnianych. Gospodyni wita nas świeżo zaparzoną kawą i przepysznym brownie i choć znamy ją raptem od kilku minut, czujemy się, jakbyśmy odwiedziły starą znajomą.

Sylwia zajmuje się renowacją mebli i szyje elementy do dekoracji wnętrz. Na jej stronie internetowej poza meblami są dostępne poduszki dekoracyjne i etui na laptopy. W mieszkaniu wydzieliła dwa pomieszczenia, w których pracuje nad zleceniami. Na piętrze zajmuje się pracą z drewnem, a obok salonu ma pokój z maszyną do szycia, wypełniony po brzegi kolorowymi tkaninami i materiałami tapicerskimi.

Szycie fachu na miarę

Projekt Pracownie: Skąd u Ciebie to tapicerstwo? Tradycje rodzinne?

Sylwia: Nie mam nikogo w najbliższej rodzinie, kto był rzemieślnikiem, ale zamiłowanie do rękodzieła rzeczywiście wyniosłam z domu. Moja mama, która jest bardzo uzdolniona manualnie, robiła wszystko – na drutach, na szydełku, na maszynie, oprócz tego malowała. Wszystko, wszystko! Pamiętam, że nawet półkę do mojego pokoju wspólnie zaprojektowałyśmy i zaniosłyśmy do stolarza. Jeśli chodzi o samo tapicerstwo, to wzięło się z mojego hobby. Znajdowałam stare krzesło, chciałam z nim coś zrobić, podglądałam trochę innych na YouTubie… Czasem nic z tego nie wychodziło! (śmiech) W końcu trafiłam na kursy weekendowe ze stolarki, ale to było za mało – w jeden weekend nie jesteś w stanie nauczyć się zbyt wiele. Odwiedzałam warsztaty, gdzie poznawałam ludzi pełnych pasji, pracujących zgodnie z tradycją rzemiosła. W końcu znalazłam warsztat, w którym chciałam spędzać jak najwięcej czasu (warsztat renowacji mebli drewnianych „Stara Praga”). Spotkałam tam wspaniałych ludzi – od kilku lat uczą mnie swojego rzemiosła. Następnie z koleżanką znalazłyśmy miejsce, gdzie przez rok przyuczałam się do zawodu tapicera. Niemniej ciągle brakowało mi możliwości zdobycia wykształcenia kierunkowego. Wtedy trafiłam na premierę Mapy Rzemieślników Pragi Południe do Muzeum Warszawskiej Pragi. Myślałam, że tam dowiem się więcej. Bardzo długo chciałam znaleźć swojego mistrza. Pojechałam nawet na Śląsk, do Izby Rzemieślniczej, bo tam było największe zagłębie tapicerów (podobno). Niestety chyba źle zrozumiałam się z panią reprezentującą tę instytucję, ponieważ jedno z pierwszych pytań, jakie usłyszałam, dotyczyło mojego wieku – „ A, to nie. My wspieramy tylko osoby do 18. roku życia” (śmiech). Szukałam w całej Polsce, próbowałam wziąć udział w kursach w Lublinie, ale niestety się nie odbyły, ponieważ nie zebrało się dziesięciu chętnych. Kiedy słyszę, że rzemieślnictwo to przede wszystkim wymierające zawody, myślę, że OK, rozumiem, ale gdzie my mamy się nauczyć tego fachu? Wydaje mi się, że nie tylko we mnie jest taka determinacja, ale nie ma odpowiednich szkół zawodowych dla dorosłych osób. Wiecie, ja w wieku 30 lat chciałam nagle nauczyć się nowego zawodu –  to okazało się prawie niemożliwe. Może gdybym odkryła, że chcę być tapicerem, w wieku 15 lat…

Kiedy słyszę, że rzemieślnictwo to przede wszystkim wymierające zawody, myślę, że OK, rozumiem, ale gdzie my mamy się nauczyć tego fachu? Wydaje mi się, że nie tylko we mnie jest taka determinacja, ale nie ma odpowiednich szkół zawodowych dla dorosłych osób.

PP: A jesteś z wykształcenia…?

S: Marketingowcem. W swojej działalności również. Zajmuję się wszystkim i to jest megatrudne. Doskwiera, że nie mam osoby, z którą mogłabym dzielić się pracą. Może dlatego rozwijam się trochę wolniej.

PP: Co było pierwsze? Meble drewniane czy tapicerowane?

S: Zaczęło się od drewna. Myślałam, że tapicerkę będę zlecać na zewnątrz, ale, prawdę mówiąc, już wtedy miałam zajawkę na tkaniny dostępne na świecie i zakochałam się w holenderskich dzianinach, więc chciałam sama zająć się tapicerstwem. Pamiętam, że materiały, które przynosiłam do zakładów tapicerskich, nie były przyjmowane z entuzjazmem. Słyszałam nieraz: „Co Pani tu przyniosła?! Ciągnie się jak guma w majtkach!” (śmiech). Rzeczywiście dzianina jest wymagającym materiałem, potrzeba do niej innych igieł. Ciągle praktykowałam, czerpałam inspiracje z internetu. Tak też znajdowałam tkaniny. Od słowa do słowa, od firmy do firmy. W jednej z nich żeby w ogóle móc złożyć zamówienie, przez kilka miesięcy próbowałam nawiązać kontakt i przejść weryfikację. Duńskie czy holenderskie marki cieszą się taką renomą, że mogą decydować, z kim chcą pracować. Ja na szczęście miałam wówczas zrobioną piękną sesję zdjęciową wykonanych renowacji i to ich przekonało.

PP: Swoje inspiracje czerpiesz głównie z internetu?

S: Tak. Uwielbiam Martinę Sperl. Obserwowanie jej profilu na FB uświadomiło mi, jak chciałabym, żeby wyglądała moja działalność, o jaką markę mi chodzi. Tapicerstwo nie budzi dobrych skojarzeń. Martina pokazała mi, jak ta praca może wyglądać. Poza tym jest kobietą-tapicerem!


PP: Czyli zawsze meble? Nie ciągnęło Cię do krawiectwa?

S: Zawsze meble. Co do szycia – oczywiście najpierw szukałam krawcowej. Sparzyłam się kilka razy, nie znałam tego środowiska, więc trafiałam do przypadkowych osób i nie byłam zadowolona z efektów ich pracy. Chciałam nauczyć się szycia w takim stopniu, żeby zostać samodzielnym rzemieślnikiem. Zapisałam się na kurs krawiecki, chodzę tam już od ponad roku. To szkoła na Trakcie Lubelskim „Lubimy szycie” Marzeny Dyksińskiej. Kobieta, która ma gigantyczną wiedzę, niczym jej nie zaskoczysz, zawsze znajdziemy rozwiązanie. Odnośnie do szycia ubrań – nie miałam na to ochoty, ale w zeszłym roku uszyłam sobie płaszcz z materiału tapicerskiego. Jest bardzo ciężki i nie nadaje się do dłuższego noszenia (śmiech), ale chodzę w nim i jestem dumna! (Płaszcz wygląda fenomenalnie – przyp. red.) Teraz będę szyła sobie bomberkę. Hobbystycznie.

PP: Czyli jesteś samowystarczalna. Robisz meble, szyjesz ubrania! Większość rzeczy wykonujesz ręcznie?

S: Ręcznie. Kupując maszynę, wiedziałam, jakie mam oczekiwania. Liczyło się, żeby sprzęt był mobilny. Teraz mam maszyny, które posiadają parametry przemysłowe, ale jednocześnie mogę z nimi pojechać do krawcowej, tapicera, u którego wciąż się uczę.

PP: Mówisz o praktykach w warsztatach tapicerskich – nie odnosiłaś wrażenia, że tapicerzy starszej daty uważali, że szkolenie się u nich jest jedynie Twoją chwilową fanaberią?

S: Każdy na początku tak myśli, dopiero konsekwencja pokazuje, że Twoje działania są poważne. Niełatwo wytrwać w takim postanowieniu. Starałam się nie myśleć, co inni sądzą o moich decyzjach. Chłonęłam wiedzę. Do zakładów przynosiłam rzeczy, które sprawiały mi trudność, chciałam zobaczyć, jak można sobie z nimi poradzić. To, że byłam młodą dziewczyną, która uparła się, że zostanie tapicerem, wydawało się dosyć osobliwe, ale jednocześnie świeże i ciekawe. Jeden z moich mistrzów, który niestety już nie żyje, chętnie przynosił mi stare książki związane z obróbką materiału – chyba jeszcze z czasów jego szkoły.

Drugie życie mebla

PP: Ile materiału potrzebujesz na renowację prostego fotela albo krzesła?

S: Wszystko zależy od przedmiotu. Krzesła nie wymagają wiele materiału, bywa, że mogę zmieścić się w około 60 centymetrach, chociaż czasem potrzeba nawet 1,5 metra. Na komplet, cztery krzesła, zamówiłabym około 2,5 metra – jest szansa, że zostanie jeszcze trochę na poduszkę. Sofa wymaga nawet 8 metrów materiału.

PP: Jakich wypełnień używasz?

S: Meble współczesne, z którymi pracuję, mają piankę – ja używam tej o wysokiej gęstości. Nie jest to taka klasyczna renowacja. Kiedyś pracowano z trawą morską, włosiem końskim albo innymi wypełnieniami. Jak się rozbiera meble artdecowskie lub ludwiki, w środku znajduje się trawa. Cena wyższa, ale warto dopłacić, aby mieć mebel na dłużej, żeby nie wysiedział się szybko.

PP: Uważasz, że pianka jest lepsza niż te stare rozwiązania tapicerskie?

S: Nie. Klasyczne rozwiązania są o wiele lepsze, ale teraz nikt nie zapłaci za klasyczną renowację. To wymaga czasu, materiały są drogie. Podczas nauki w jednym z warsztatów na Pradze miałam okazję pracować z kilkoma meblami na trawie morskiej i włosiu końskim. Ich rozbieranie to naprawdę fajna sprawa, ale takie zajęcie jest tapicerowaniem na zupełnie innym poziomie. Może w przyszłości będę chciała robić tylko klasyczną renowację.

PP: Jaki jest Twój klient? Co przynosi? Jakiego rodzaju są to meble?

S: Po trzech latach zajmowania się renowacją mebli tapicerowanych mogę powiedzieć, że mój klient jest taki, jakiego sobie ukształtowałam. Początki były ciężkie, ponieważ ludzie trafiali do mnie z różnych źródeł. Nie wiedzieli, jaki mam na siebie pomysł. Teraz przychodzą do mnie osoby, które widzą moje prace, materiały, z których korzystam, kolory, które wykorzystuję. Zdarzali mi się klienci przynoszący meble ze śmietnika i oczekujący renowacji za symboliczną kwotę. Mówi się teraz, że rzemiosło wraca, ludzie doceniają pracę wykonywaną ręcznie, ale mimo wszystko wciąż panuje przekonanie, że to tańsza opcja niż zakup nowych mebli z produkcji masowej. Na szczęście świadomość rośnie, odbiorcy zdają sobie sprawę, że renowacja wymaga czasu i wiedzy, więc musi kosztować. Zjawiają się u mnie głównie klienci z meblami z lat 50. czy PRL-u. Fajnie, bo w większości są to meble z litego drewna, chociaż z produkcji masowej. Czasem przynoszą też z płyty wiórowej czy forniru. Teraz moi klienci często mają gust zbieżny z moim – to jest super!


PP: Klienci zawsze przychodzą z meblem czy zdarzają się też tacy, którzy pokazują ilustrację i mówią: „Chcę mieć takie krzesło w domu”? Doradzasz im wtedy albo szukasz takiego mebla?

S: Na początku myślałam, że wszystko będę robić po swojemu – kupię mebel, który mi się podoba, perełkę rynkową, przeprowadzę jego renowację zgodnie z własnymi upodobaniami i będę go sprzedawać. Niestety to nie działało. Ktoś przychodził i mówił: „Super ten zielony fotel! Chcę taki sam, ale niebieski” (śmiech). Koniec końców nie miałam jak wejść do domu, bo kupowałam meble, odnawiałam je i trudno było je sprzedać. Teraz na mojej stronie można jeszcze kupić prace z tego okresu, a większość znalazła nowych właścicieli. Początkowa inwestycja się opłaciła, ponieważ dzięki niej zbudowałam portfolio, mogłam pokazywać ludziom efekty swoich realizacji. Nigdy nie rozminęłam się z oczekiwaniami klientów. Wszystko jest wcześniej ustalone, a ja pozostaję z zamawiającymi w ciągłym kontakcie. Rozmawiamy o zleceniu, oczekiwaniach i problemach, jakie mogą się pojawić. Na przykład? Czasami meble zostały pomalowane na ciemny kolor, ponieważ ma on ukryć pewne mankamenty drewna. To oczywiście można określić dopiero po oczyszczeniu. Wówczas da się zdecydować, jaki powinien być kierunek renowacji. W decyzji o zakresie prac wszystko jest ważne – nawet gdzie mebel był przechowywany. Niechętnie przyjmuję meble po innych renowacjach. Źle pracuje się na świeżo zrobionym meblu. Dobrze, aby minęło około 30 lat od ostatniej renowacji (śmiech).

PP: Jak bardzo zniszczone są meble, które ludzie do Ciebie przynoszą?

S: Zawsze na początku proszę o przesłanie zdjęć mebla. Mogę wówczas wstępnie ocenić, jaki jest jego stan. Potem oglądam na żywo. Czasem ludzie są świadomi, że nie można poddać mebla renowacji, ale zdarza się, że trzeba wyjaśnić, dlaczego renowacja nie ma szans się udać. Ostatnio klient wysłał do mnie fotel – widać było, że nie ma co ratować. W takim przypadku lepiej zrobić nowy mebel na bazie danego projektu. Najbardziej zniszczonym meblem, jaki do mnie trafił, była szafka nocna mojej koleżanki – pamiątka po dziadku. Właścicielka chciała ją uratować. Najpierw sama ją zeszlifowała i zamalowała białą olejną farbą. Potem szafka trafiła do mnie. Stwierdziłam, że mogę wziąć ją na warsztat, ale bardziej do nauki, ponieważ miałam dużo obaw. Fornir był bardzo zniszczony, biała farba wgryzła się w mebel. Wszystko rozebrałam, wyczyściłam, posklejałam. Mebel musiał zostać biały, ale z tego co wiem – służy do dzisiaj i został w rodzinie.

PP: Ile kosztuje u Ciebie renowacja mebla?

S: Ja nie mam cennika. Każde zlecenie wiąże się z  indywidualną wyceną. Często renowacja takiego samego fotela będzie wymagała zupełnie innych nakładów pracy. Wszystko zależy od stanu drewna – muszę ocenić, ile czasu zajmie uzupełnianie ubytków, czyszczenie starej powłoki. Zdarzają się meble w bejcy, która nie chce schodzić, i wówczas trzeba na to poświęcić dodatkowy dzień. Przy zleceniach stricte tapicerskich jest łatwiej – zdejmuję wszystko, co stare, i zakładam nowy materiał, wybrany z wcześniej z próbnika. Tu o cenie decydują detale, sposób szycia, upiększenia – czy klient chce, żeby było bodno (pas dookoła siedziska), a może lepiej kedra (lamówka na zszyciach). Czasem wybór pada na guziki.

PP: Jakiego rodzaju upiększenia stosujesz?

S: Upiększenia polegają przede wszystkim na sposobie przeszywania tkaniny. Na gładko, z bodnem, kedrą, guzikami czy bez guzików. Niewielkie różnice w cenie. Z kolei w drewnie staram się działać jak najbardziej naturalnie, więc pracuję głównie na bejcach, dzięki czemu widać strukturę drewna. Wykańczam w zależności od potrzeb woskiem, politurą, lakierem, olejem.


PP: Skąd w ogóle pomysł na pokrowce na laptopy, poduszki? Nowoczesna część działalności!

S: Pomysł na poduszki i etui powstał ze względu na resztki materiałów, które zostawały mi po wykonanych renowacjach. Ponieważ tkaniny, z którymi pracuję, są dosyć drogie, chciałam w pełni je wykorzystać. Na początku szyłam poduszki, małe portfeliki. Najpierw dla znajomych, na urodziny. Jednym z takich prezentów było pierwsze etui, jakie zrobiłam. Ludzie pytali, czy można u mnie kupić takie rzeczy, więc postanowiłam wprowadzić je do oferty.

PP: Gdzie poza Twoim sklepem internetowym są dostępne Twoje produkty? Wystawiasz się na targach?

S: Moje realizacje i elementy do wystroju wnętrz znajdziecie na patyna.pl oraz yestersen.pl. Nie jeżdżę na targi, ponieważ w tej chwili sprzedaję głównie usługę. Produkty dostępne w sklepie, czyli etui i poduszki, to za mało, żeby inwestować w powierzchnię na targach.

Być dla ludzi

PP: OK, pracujesz sama, Twoja pracownia jest w mieszkaniu. Jak organizujesz sobie czas, żeby efektywnie go wykorzystać?

S: Jedno z pierwszych pytań, jakie słyszę, to: „O której wstajesz?” (śmiech). Uwielbiam mieć wszystko zaplanowane i umiem narzucić sobie dyscyplinę. Wstaję około 7:00 razem z mężem. To pewien rytm, w który wpadłam. Mój organizm jest odstresowany i żyję na wolniejszych obrotach. Wolno zaczynam dzień – śniadanie, kawa, rzeczy organizacyjne. Każda doba jest inna, bo nie zawsze obejmuje wyłącznie prace warsztatowe i administracyjne. Planuję objazdy po hurtowni, odbiór mebli. Tydzień mam wcześniej rozpisany dzień po dniu. Dzięki temu mogę tak pracować i jednocześnie efektywnie spędzać czas. Weekendy są święte. Kiedy zmieniałam zawód, chciałam zacząć inaczej żyć i, prawdę mówiąc, musiałam nauczyć się tego na nowo. Zauważyłam, że ludzie żyją w godzinach, które ja spędzałam ciągle w firmie. Nie istnieje jeden świat. Kiedy znasz głównie osoby z korporacji, nie masz równowagi, podglądu innych możliwości. Dla mnie dużym zaskoczeniem było obserwowanie pracy w warsztatach. To takie proste i zwykłe życie. Ja, po zmianie zawodu, przewartościowałam swoje, zwłaszcza pod kątem potrzeb.

PP: Jak zmieniło się Twoje życie po zmianie zawodu? Co teraz jest dla Ciebie najważniejsze?

S: Teraz najważniejsze jest to, żeby poza pracą mieć czas na życie. Być dla ludzi, mieć czas, żeby się z nimi spotkać i porozmawiać. Nie możemy tak pędzić, musimy zwolnić. Ja na samym początku swojej działalności wyprzedałam właściwie wszystkie swoje ubrania i nie kupowałam kolejnych. Zbierałam pieniądze i wydawałam je w znacznej mierze na materiały (śmiech). Teraz wszystkie zakupy robię bardzo rozsądnie, mam tylko rzeczy, które lubię, a sam proces sprawia mi dużo więcej przyjemności. Zaczęłam też przywiązywać większą wagę do ekologii, mogę zastanowić się nad swoimi przyzwyczajeniami i je zmienić. Życie wygląda inaczej. Nieraz, tak jak kiedyś w korporacji, pracuję po 12 godzin, ale zupełnie tego nie odczuwam. Praca z materiałem jest nauką postrzegania. Dzięki codziennemu przebywaniu w pracowni oczyściłam się z wielu zbędnych informacji. Mniej się stresuję, mocniej odbieram bodźce.


PP: Jesteś przedstawicielką Nowej Fali Rzemiosła – uważasz, że przecierasz nową drogę podejścia do pracy z meblami tapicerowanymi?

S: Prawda jest taka, że ja jeszcze nie nazwałabym się tapicerem. Nie wiem, kiedy będę miała odwagę użyć tego określenia. Na razie wciąż jestem uczącym się rzemieślnikiem. Myślę, że wszyscy twórcy Nowej Fali Rzemiosła mają podobne spostrzeżenie, ponieważ w większości jesteśmy samoukami. Często nie skończyliśmy szkół dających nam uprawnienia. Ja niedługo zaczynam naukę w zawodówce dla dorosłych. Wracam do szkoły, żeby nadrobić braki w teorii. Praktykę nabyłam w zakładach tapicerskich, ale żeby poczuć się lepiej – chcę odrobić tę lekcję. Będę miała wewnętrzne poczucie, że uzupełniłam wiedzę.

PP: Czy marka „Sylwia Biegaj” i renowacja mebli są pomysłem na całe życie?

S: Prawdę mówiąc – nie wiem. Z branży marketingowej uciekłam po 10 latach. Kto wie, może kiedyś sama będę uczyć tapicerki. To ciężka, fizyczna praca. W tej chwili moje zajęcie mnie satysfakcjonuje.

PP: Czujesz się częścią Nowej Fali Rzemiosła?

S: Myślę, że jestem częścią tego środowiska, ale bardzo chciałabym, żeby mocniej się zintegrowało. Dlatego tak ucieszyła mnie wiadomość o Waszym projekcie. Dzięki niemu mogę się dowiedzieć, co robią inni. Fajnie, gdybyśmy częściej mogli się dzielić swoimi doświadczeniami i kontaktami. Im bardziej zintegrowane będzie to środowisko, tym lepiej będzie się działo!

Fotografie w tekście: Magda Woźnica

Wywiad prowadziły: Małgorzata Herman i Karolina Malczewska
Autor: Małgorzata Herman
Redakcja: Karolina Malczewska


Sylwia Biegaj
Gocławek, Warszawa
renowacja@sylwiabiegaj.pl