Drugie życie talerza – kolczyki i naszyjniki z porcelany

Biżuterię Magdy Ziółkowskiej odkrywamy na drugiej edycji targów „Niech żyją dziewczyny”. Z daleka dostrzegamy informację, że produkty zostały wykonane z nietypowego materiału, a mianowicie z… talerzy. Podchodzimy do rękodzielniczki i widzimy na stoisku kolczyki, broszki, naszyjniki powstałe z potłuczonej porcelany. Kilka tygodni później odwiedzamy ją w pracowni na warszawskiej Woli.

Projekt Pracownie: Lokatorzy budynku nie mają problemu z tym, że zawodowo zajmujesz się tłuczeniem talerzy? (śmiech)

Magda: Mam bardzo tolerancyjnych sąsiadów! (śmiech) Można powiedzieć, że wpisałam się ze swoją działalnością w krajobraz wolskiego osiedla. Muszę przyznać, że kiedy przeniosłam się na Wolę, byłam pełna obaw co do otoczenia. Moja pracownia mieści się w starej kamienicy należącej do miasta, otaczają mnie mieszkania komunalne. Szybko się jednak przekonałam, że jeśli ktoś zaczyna dzień od puszki piwa, nie musi mieć złych intencji, a nawet przyniesie mi zupę lub sałatkę jarzynową. Nikogo nie zaskakują dźwięki dobiegające z mojej pracowni. Najpierw budziłam sensację, ale teraz po prostu wszyscy wiedzą, co tu robię. Nie ukrywałam co będę tutaj robić, przy pierwszym spotkaniu z sąsiadem ostrzegałam, że czasem będę hałasować. Oznajmił, że zupełnie mu to nie przeszkadza.


Dobrze Ci na Woli?

Jestem bardzo zadowolona z lokalu, który udało mi się wynająć od miasta. To moja trzecia lokalizacja w ciągu trzech lat – wcześniej nie miałam szczęścia do warsztatów. Wynajmowałam pracownię na siódmym piętrze budynku magazynowego przy al. Prymasa Tysiąclecia. To miało swoje plusy, bo w budynku nie było windy, więc jak już się do niego wdrapałam, nie miałam ochoty schodzić do sklepu nawet po butelkę wody (śmiech). Musiałam się wyprowadzić, bo budynek został przeznaczony do wyburzenia.

Potem trafiłam do Nowej Jerozolimy, gdzie moimi sąsiadami byli bardzo kreatywni, fajni ludzie. Panowała tam świetna i twórcza atmosfera. Prąd i internet były ryczałtowane. Teraz, kiedy jestem sama, częściej myślę o tym, ile włączyć farelek, ile szlifierek – mam świadomość, że muszę opłacić wszystkie rachunki w zależności od zużycia, więc nauczyłam się oszczędzać. Tam niestety również długo nie zagrzałam miejsca, bo budynek został sprzedany pod adaptację hotelu.

Zaczęłam przeglądać oferty miasta i, chociaż bałam się formalności związanych z poszukiwaniem lokalu z ZGN, konkursami, podpisywaniem umów, w finale znalazłam swoje miejsce. Lokal na paterze, wejście w bramie, duża – jak na mnie – powierzchnia (15 m, wcześniej największa pracownia Magdy miała 9 m – przyp. red.) i okno! Poza tym trzeba przyznać, że na Woli ZGN działa bardzo dobrze. W innych dzielnicach często nie organizuje się konkursów dotyczących pustych lokali albo nie są one aktualizowane. Często nie ma zdjęć i żadnych informacji. Tutaj było inaczej, lepiej.


Zdecydowałaś się na wynajęcie pracowni w pojedynkę. Sporo osób woli współdzielić przestrzeń z innymi rękodzielnikami. Nigdy o tym nie myślałaś?

Wielu moich znajomych wynajmuje wspólnie większą pracownię, bo tak jest łatwiej. Kiedy szukasz niewielkiego lokalu tylko dla siebie, nie jest to takie proste. Przede wszystkim dlatego, że brakuje takich ofert. W moim wypadku ten wybór to kwestia osobowości. Dobrze czuję się, kiedy pracuję w pojedynkę i mam swoją samotnię. To pozwala mi się skoncentrować. Poza tym moja działalność jest na tyle specyficzna, że nie wyobrażam sobie wynajmowania warsztatu z innym rzemieślnikiem. Nie sądzę, żeby inna osoba dobrze znosiła łupinki talerzy tryskające po pomieszczeniu (śmiech). Generuję pył i trochę hałasu.

Wspominałaś, że skończyłaś ASP. Skąd pomysł na robienie biżuterii z potłuczonej porcelany?

Na studiach nie miałam sprecyzowanej koncepcji na to, co będę robić. Naiwność i optymizm kazały mi sądzić, że coś się wymyśli, ale nie chciałam siedzieć bezczynnie. Na ASP nie dostałam się za pierwszym razem, więc zaczęłam studia zaoczne na historii kultury na UKSW. W tygodniu chodziłam na Wolną Akademię, czyli kursy przygotowawcze na ASP. Te zajęcia były świetne, bo odbywały się w tych samych pracowniach, w których później faktycznie się uczyłam. Poznajesz studentów, wykładowców. To integruje. Za drugim razem się dostałam i studiowałam równolegle na obu uczelniach. Z czasem zdecydowałam się na wyjazd na Erasmusa na Łotwę. Miałam sporo czasu, żeby przemyśleć dalszą strategię (śmiech). Po powrocie aplikowałam do programu Narodowego Centrum Kultury – Kurs na Kulturę. Dzięki niemu miałam szansę dostać się na staż do instytucji kultury. Liczyłam wówczas, że trafię do muzeum albo galerii, a okazało się, że będę miała praktyki w fundacji, która prowadzi zajęcia dla dzieci. Nigdy nie myślałam o takiej drodze. Uczyłam między innymi batiku – to taka technika malowania na tkaninie gorącym woskiem. Po stażu dostałam tam pracę.


W międzyczasie zostałam też panią od plastyki dla dwójki świetnych dzieciaków. Uczyłam je w domu i to było bardzo ciekawe doświadczenie. Dla studentów innych kierunków naturalne jest, że będą prowadzić korepetycje z polskiego czy matematyki, żeby dorobić, ale korki z plastyki (śmiech)? Kiedy byłam dzieckiem, też miałam nauczycielki, które pomagały mi rozwijać zdolności plastyczne, więc to, że sama mogłam sprawdzić się w tej roli, było bardzo interesujące.

Sam pomysł na robienie biżuterii z talerzy powstał na początku studiów. Na wydziale funkcjonowała pracownia, w której można było uczyć się robienia kolczyków i naszyjników. Profesor prowadzący zajęcia uczył nas, jak obrabiać poszczególne surowce. To była bardzo otwarta osoba – chciał, żebyśmy działali w nietypowych materiałach, z wykorzystaniem nowych technik. Zajęcia odbywały się w soboty, nie było z ich tytułu żadnych wpisów do indeksu, a mimo to chętnych nie brakowało. To było miejsce dla zapaleńców.

Kiedy znalazłam talerze na działce, inspiracja, co mogę z nich zrobić, przyszła naturalnie. Synapsy się zderzyły (śmiech). Musiałam tylko zastanowić się na metodami. Pilnik? Papier ścierny? Dzięki narzędziom w pracowni na uczelni mogłam zacząć kombinować.

Kiedy oficjalnie ruszyła Biżuteria z Talerzy? Jak Twój pomysł na biznes przyjęli najbliżsi?

Prawdę mówiąc, nie chciałam zaczynać takiego normalnego, dorosłego życia od razu po studiach. Miałam epizod z regularną pracą, wolontariatem. Działalność rozpoczęłam tak naprawdę dopiero 3 lata po obronie dyplomu. Na szczęście tak się ułożyło, że w czasie nauki pracowałam jako nauczycielka plastyki i mogłam zacząć robić biżuterię i rozkręcać powoli własny biznes. Moja decyzja była zaskoczeniem dla rodziny. Nikt przede mną nie prowadził działalności gospodarczej, wszyscy są urzędnikami. Trudno było im zrozumieć, że zdecydowałam się na życie bez urlopu, L4. Przecież kiedy ja pojadę na wakacje albo zachoruję, nikt nie zapłaci mi za niewykonane zlecenia. Niemniej miałam ze strony rodziców bardzo duże wsparcie od zawsze – od małego dbali, żebym rozwijała swoje umiejętności. Nie wyrywali mi kartki i kredek z rąk, wciskając w ich miejsce encyklopedię albo słownik etymologiczny (śmiech). Od początku było wiadomo, że nie pójdę na ekonomię ani prawo. Myślę, że rodzice bardziej oczekiwali, że po skończeniu ASP zostanę pracownikiem uczelni, ale wybrałam inaczej.

Do założenia firmy podeszłam poważnie. Niestety uczelnie artystyczne w ogóle nie przygotowują do życia po studiach. Chodziłam na Targi Przedsiębiorczości, do Centrum Przedsiębiorczości Smolna, skończyłam kurs „ABC prowadzenia działalności gospodarczej” – dzięki temu miałam większą wiedzę i umiałam wypełnić wniosek o dofinansowanie.


Kiedy zauważyłaś, że Twoje produkty znajdują odbiorców?

Moje pierwsze kolczyki trafiły na wystawę ASP. Można było je oglądać w gablotce, tak jak inne prace. Jeszcze wtedy traktowałam to bardziej jak studencki projekt, ale coraz więcej osób pytało, czy może zamówić taką biżuterię i czy zajmuję się tym również poza uczelnią. Stwierdziłam, że to jest dobra myśl. Najpierw zrobiłam kilka par dla znajomych i bliskich. Z każdą kolejną parą szlifowałam swoją technikę, znajdowałam nowe wzory porcelany i powoli wszystko się rozkręciło.

Wróciła moda na rękodzieło. Jak ludzie oceniają ręcznie robioną biżuterię? Jak rozumieją jej wartość?

Tak, z całą pewnością popularność rękodzieła wzrasta. Niestety w przypadku różnych twórców oznacza to coś innego. Są rękodzielnicy, którzy faktycznie robią wszystko samodzielnie, ale są i tacy, którzy składają swoje produkty z gotowych komponentów. Mimo wszystko nie winiłabym ludzi za to, że mają zajawkę na tworzenie. Różnice wewnątrz tego środowiska raczej potęgują organizatorzy imprez dla rękodzielników. Oczywiście oni mają prawo sprzedawać stoiska wszystkim, komu chcą, ale to wytwarza sytuację, w której rzemieślnik często sąsiaduje z hobbystą lub, co gorsza, producentem. Decyzja o udziale w targach zawsze niesie za sobą ryzyko, że inny twórca zostanie bardziej doceniony niż Ty. To kwestia bardzo indywidualna, wybór estetyki. Na szczęście myślenie o biżuterii się zmienia. Do początku XX wieku najważniejsze w zakupie kolczyków czy naszyjników było to, aby surowiec, z którego są wykonane, był drogi. To był kapitał osoby, która je nosiła. Wyznacznik luksusu. W tej chwili o wartości oferowanych produktów decyduje również to, ile czasu trwa ich wykonanie i o ile jest ono staranne, jaka jakość za tym idzie. Cenna stała się oryginalność, pomysłowość.


Nie spotykasz się z negatywnymi opiniami, że nobilitujesz czasy PRL-u?

Odbiór jest bardzo różny. Czasem niestety jest mi zarzucana gloryfikacja PRL-u. Kiedyś jeden pan nazwał mnie „czerwoną zarazą”, oglądając moją biżuterię (śmiech). Niektóre osoby uważają, że te produkty nie są ładne, nie ma w niej tej tradycyjnej wartości materiałowej. To po prostu nie są moi odbiorcy – oni kolczyków z drewna czy ceramiki też nie uznają za atrakcyjne.

Jaki model sprzedaży najlepiej Ci się sprawdza? Widujemy Cię często na targach.

Targi to dla mnie najlepsza opcja. Niestety sprzedaż biżuterii, której każdy wzór jest inny, to spore wyzwanie. Gdybym chciała sprzedawać kolczyki przez internet, dla wszystkich par powinnam przygotować małe sesje zdjęciowe i opisy, a przecież drugich takich nie będę robiła. Dla unikalnych rzeczy internet jest totalnie nieopłacalny. Zwłaszcza jeśli nie chcesz wpędzić się w sytuację, w której musisz wykonywać dodatki pod ofertę umieszczoną w sklepie. Wtedy cały wysiłek wkładasz w to, żeby mieć produkty dopasowane do sesji. Nie stawiam też na sprzedaż w galeriach, bo nikt nie jest w stanie opowiedzieć historii moich prac, tak jak ja. Oczywiście może kiedyś wprowadzę element produkcji seryjnej, ale na ten moment targi wydają się najlepsze. Produkty są dostępne od ręki, kupuje się je na miejscu. Można też wejść do pracowni, tak jak Wy teraz.


Biżuteria jest Twoim jedynym źródłem utrzymania?

Ze względu na różne zmiany w moim życiu byłam zmuszona znaleźć dodatkowe zajęcie, chociaż na część etatu, żeby móc pozwolić sobie na dorosłe życie i prowadzenie działalności. Od półtora roku współpracuję z firmą, która zajmuje się kryptowalutami. Nie jest to korporacja, tylko niewielkie przedsiębiorstwo. Organizuję wydarzenia, robię grafiki. Pozwala mi to łączyć pracę w biurze z pracownią. Mogłabym pracować zdalnie, ale uznałam, że takie rozgraniczenie jest lepsze. Dzięki temu w każdym miejscu koncentruję się na konkretnych czynnościach.

Jakie było najciekawsze zlecenie jubilerskie, którego się podjęłaś?

Kiedyś dostałam od klienta ząb rekina i miałam zrobić z niego naszyjnik. Innym razem odezwała się do mnie dziewczyna, która otrzymała po babci pamiątkowy pierścionek z porcelanowym oczkiem z kwiatowym wzorem. Miał dla niej ogromną wartość sentymentalną i prosiła, żebym wyprawiła naderwany kawałek surowca. Zrobiłam całą renowację tego pierścionka, nadałam tej pamiątce nowe życie.

Zdarzyła się również podobna historia, tym razem z kubkiem w roli głównej. Właścicielka była do niego bardzo przywiązana, ale spory kawałek się odłamał. Chciała, żebym go wyrównała krawędź kubka. Podjęłam się tego zadania, chociaż byłam pełna obaw – w środku naczynia mogły się zrobić mikropęknięcia. Mimo wszystko chciałam spróbować. Udało się wyrównać brzeg kubka, a z kawałka, który odpadł, zrobiłam dla niej naszyjnik. Nigdy nie zamykam się w ramach, chętnie podejmuję się nowych wyzwań.


Jak zdobywasz porcelanę?

Bardzo różnymi sposobami (śmiech). Kiedyś zaprosiła mnie do siebie dziewczyna, która miała bardzo dużo PRL-owskiej porcelany do oddania albo sprzedania. Limitowane serie. Część pamiątkowych egzemplarzy z olimpiady 1972, 50-lecia Orbisu. Jej dziadek był sportowcem i miał tego bardzo dużo. Kupiłam od niej tę porcelanę w bardzo rozsądnej cenie. Sugerowałam też, żeby np. piękny serwis ćmielowski sprzedała drożej w jakimś antykwariacie. Po tej wizycie wrzuciłam kilka zdjęć na Facebooka i zostałam niemalże zlinczowana, że nigdy nie powinnam z tego zrobić użytku. Rzeczywiście część rzeczy zostawiłam, ale te nadtłuczone lub zniszczone wykorzystałam i na drodze recyklingu nadałam im nowe życie. Pomyślałam wtedy, że to dziwne, że ludzie tak emocjonalnie podchodzą do porcelany, którą ktoś przekazał mi, dokładnie znając specyfikę mojej działalności.

Napisałam kiedyś do wszystkich działających fabryk porcelany w Polsce z prośbą o przekazanie odpadów. Znajomi zwożą do mnie pojedyncze sztuki talerzy czy filiżanek, a także takie, które faktycznie zostały stłuczone. Teraz często zachowuje takie „białe kruki” i mam już, jak widzicie, w pracowni całkiem sporą wystawkę.


Planujesz do emerytury robić biżuterię z potłuczonej porcelany? (śmiech)

Czemu nie? Jubilerem można być do końca życia. Rozszerzam też swoją ofertę i zrobiłam kurs zawodowy złotnik-jubiler, żeby pracować z innymi surowcami. Robię np.: obrączki i naszyjniki na zamówienie, metodami jubilerskimi, ze złota i srebra. Sama porcelana okazała się też bardzo wdzięcznym materiałem. Jest niesamowicie trwała i produkty, które są z niej wykonane, mają bardzo długą żywotność.

Zobacz wideo z pracowni na naszym kanale YouTube:

Fotografie w tekście i materiał wideo: Radek Zawadzki

Prowadząca wywiad/autorka: Małgorzata Herman
Redakcja: Aleksandra Berka


Biżuteria z Talerzy

ul. Ogrodowa 50/U2, Warszawa
magdalena@bizuteriaztalerzy.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *