Historia utkana na krośnie

Działalność dziewcząt z Tartarugi jest nam znana od samego początku istnienia Projektu Pracownie. Widujemy Wiktorię i Jadzię na targach rzemieślniczych, wielokrotnie z nimi rozmawiamy. Pracownia rękodzielniczek mieści się w Łodzi i wiemy, że odwiedzenie jej będzie dla nas większym przedsięwzięciem logistycznym. Kiedy udaje nam się znaleźć drugi łódzki warsztat zainteresowany wywiadem w weekend, potwierdzamy wizytę u twórczyń kilimów.

Łódź, miasto, które od początku swojego istnienia było związane z przemysłem włókienniczym, okazało się doskonałą lokalizacją do otworzenia warsztatu tkackiego. Drogi Wiktorii Podolec, założycielki Tartarugi, i Jadzi Lenart przecinają się w czasie studiów wzornictwa na Politechnice Łódzkiej. Co ciekawe – jedna z dziewczyn pochodzi z Bielska-Białej, druga – z Raciborza. Wspólne zamiłowanie do rękodzieła i projektowania w duchu slow design doprowadzają je do założenia działalności. W codziennych pracach przy krośnie towarzyszy mi przesympatyczna suczka Bajka. W trakcie wizyty w warsztacie mamy przyjemność rozmawiać tylko z Wiktorią, ponieważ Jadzia przebywa na kilkudniowym urlopie.

Projekt Pracownie: Opowiadaj! Wszystko! Od początku!

Wiktoria: Na co dzień pracuję z Jadzią – moją przyjaciółką i współpracowniczką. Poznałyśmy się na studiach na Politechnice Łódzkiej. Razem studiowałyśmy wzornictwo na starym Wydziale Włókienniczym, gdzie jest specjalizacja z tkanin. Uczyłyśmy się tam zarówno projektowania pod klienta, jak i – a może przede wszystkim – tego przemysłowego. Studia miały przygotowywać nas bardziej do pracy w przemyśle niż do tej rzemieślniczej. Z takiego stricte tkactwa tradycyjnego nie miałyśmy żadnych zajęć. Wielu rzeczy uczyłyśmy się po prostu poza zajęciami, poza uczelnią. Na studiach zgłębiłyśmy temat tkanin w teorii oraz w praktyce, ale wciąż były to głównie tkaniny przemysłowe. Jeszcze w czasie studiów próbowałyśmy w domu na małych ramkach tkać dekoracyjne tkaniny. Z czasem robiłyśmy tego coraz więcej. Jadzia nawet na licencjacie u swojej promotorki robiła ręcznie tkany dywan, więc miała okazję bliżej przyjrzeć się temu rzemiosłu. Później ja robiłam dyplom licencjacki u profesora Włodzimierza Cygana, który prowadził z nami zajęcia np. z projektowania produktu. Sam jest artystą, który zajmuje się ogólnie tkaniną i tkaniem samym w sobie. Właśnie pod jego okiem zrobiłyśmy „po godzinach” pierwsze kilimy. Prawda jest taka, że technika, którą się posługujemy, jest bardzo prosta. Trzeba mieć jedynie trochę wprawy i odsiedzieć swoje przy krośnie (śmiech).


Skąd decyzja o tym, żeby pójść na taki kierunek studiów?

Tak naprawdę chciałam iść do Szkoły Filmowej. To było moje największe marzenie. Nie za bardzo wiedziałam, co chcę robić, a w sumie umiałam trochę rysować, lubiłam oglądać filmy, więc wyszło mi z tego, że pójdę na animację (śmiech). Przyjeżdżałam więc na konsultacje do Łodzi i zdawałam do szkoły. Kiedy byłam tu wtedy pierwszy raz, to zachwyciłam się tym miastem i jego klimatem. Na filmówkę ostatecznie się nie dostałam, ale zabrakło mi bardzo mało punktów, więc chciałam próbować w kolejnym roku – wtedy w mojej ocenie musiałoby się udać. Stwierdziłam, że pójdę na jakiekolwiek studia tutaj w Łodzi, pomieszkam rok, pochodzę na konsultacje i spróbuję znowu. Tak znalazłam wzornictwo na Politechnice i na szczęście zdążyłam jeszcze na egzaminy. To był totalny przypadek. Nigdy w życiu nie wymyśliłabym sobie sama takiego zawodu – w mojej rodzinie nikt nie był rękodzielnikiem! To było totalnie absurdalne, że zaczęłam projektować tkaniny. Na pierwszym roku bardzo mi się jednak te studia spodobały. Działo się naprawdę dużo ciekawych rzeczy, dostawaliśmy stypendia… Pomyślałam, że pójdę w te tkaniny, bo to jest takie inne, oryginalne. Spodobało mi się to na tyle, że już nie chciałam na tę animację filmową wracać.

Jadzia natomiast chciała studiować architekturę. Dostała się na ten kierunek do Gliwic i nawet miała tam iść. Ostatecznie stwierdziła, że to nie to. Tak trafiła na wzornictwo. To też nie był jej pierwszy strzał.


Do jakiej pracy przygotowują studia na wzornictwie?

Ludzie po naszym kierunku pracują np. w Instytucie Włókiennictwa i badają tkaniny. Inni projektują na maszynach różne dzianiny. Często rzeczy robione w Łodzi są projektowane z myślą o rynku wschodnim, więc te wzory są… nieco kiczowate i tandetne. Wszystko jest osadzone w latach 90. i jest staroświeckie. W Polsce ten obszar rozwija się bardzo słabo.

Mimo to od początku miałyście przekonanie, że wraca moda na kilimy i taka działalność będzie miała rację buty na polskim rynku?

Obserwowałyśmy ten trend. W USA i Australii to jest bardzo modne. Ludzie nie tylko mają kilimy, też lecz także sami je robią – oczywiście na mniejszą skalę. Za granicą to jest bardziej popularne niż wszystkie inne robótki ręczne razem wzięte. Tkactwo ręczne przeżywa obecnie na Zachodzie swój renesans. Do nas też musi to przyjść. A nawet jeżeli nie będzie klientów w Polsce, to część swoich produktów już wysyłałyśmy za granicę. My działamy w internecie, więc nie jest ważne, gdzie są nasi klienci. Tkanie kilimów to rzemiosło, którym nie możesz zajmować się w domowym zaciszu, musisz mieć odpowiednie maszyny i pracownię. Dostarczyć wysoką jakość, wykonać produkt profesjonalnie i perfekcyjnie. Musisz się wyspecjalizować i rozwinąć swoją markę.


Kiedy pojawiły się pierwsze zamówienia?

Bardzo szybko. Praktycznie od razu po rozpoczęciu działalności. Od początku pojawiało się o nas bardzo dużo publikacji. Nawet niektórzy żartowali, że pewnie za wszystkie płacimy i dlatego jest tego tyle (śmiech). My jednak nie inwestowałyśmy w taką reklamę, ludzie sami się o nas dowiadywali i przychodzili zapytać o to, co robimy. Trafiałyśmy do kolejnych wydawnictw i pojawiało się coraz więcej zamówień. Myślę, że mogło być tak dlatego, że sporo ludzi dotychczas kojarzyło kilimy z domów dziadków i miało do nich sentyment. Najwyraźniej takich elementów wystroju znowu brakuje i tkaniny nie są już uznawane za ozdoby jedynie zbierające kurz. Był taki czas, kiedy ludzie wyrzucali z domów zasłony i dywany, teraz wracamy do tych rozwiązań, bo nie można ich tak łatwo zastąpić czymś innym. Poza tym to produkty rękodzielnicze, a rzemiosło robi się coraz bardziej popularne, ludzie zaczynają się nim interesować i chcą mieć takie produkty w domu. Sądzę, że nam się udało, bo trafiłyśmy w dużo różnych trendów z różnych dziedzin jednocześnie.

Rozpoczynając działalność, określałyście założenia marki? Styl, w jakim chcecie się poruszać?

My zaczęłyśmy działać, mając dokładnie opracowany biznesplan. Kiedy zakładałam działalność, brałam udział w konkursie dla młodych twórców i jednym z zadań w czasie szkoleń było rozpisanie szczegółowego biznesplanu. Zrobiłyśmy go i myślę, że on wyglądał nawet dosyć sensownie (śmiech). Wtedy określiłyśmy założenia, pomysły na produkty, obliczyłyśmy, ile musimy sprzedawać, żeby zarobić, jaka powinna być marża. Dzięki temu o wielu rzeczach pomyślałyśmy od razu i byłyśmy dobrze przygotowane.

Brałam też udział w szkoleniach, które wyjaśniały, jak prowadzić firmę. Dowiedziałam się wtedy na przykład, że Urząd Skarbowy i ZUS to są dwie różne instytucje (śmiech). Wyszłam z pewnego poziomu ignorancji, który miałam wcześniej i zostałam przedsiębiorcą. Dowiedziałam się, jaka jest różnica między VAT-em i PIT-em, że trzeba płacić i to, i to. To modyfikuje wyobrażenie o własnym biznesie. Czasem zdarza się, że ludzie pytają, czemu nasze produkty są drogie, a ja wtedy odpowiadam, że nie robię tego tylko dla przyjemności, ale również dlatego, żeby czerpać zyski. To moja praca! Nie wstydzimy się, że chcemy na tym zarabiać. Nie chcemy szukać innej pracy, po godzinach.


Jeśli chodzi o założenia związane ze stylem… na pewno nie chciałyśmy robić rzeczy, które mogłyby przypominać tkaniny ludowe. W latach 20. było wiele kilimów na światowym poziomie, ale później, w latach 50. i 60. wytworzyło się zjawisko cepeliowskich tkanin, wiecie, kurki, koguciki. To jest folk, który się ludziom źle kojarzy. Chciałyśmy odciąć się od tego wizerunku. W Tartarudze wzory są abstrakcyjne, a kolorystyka współczesna. Nasze produkty mają być nowoczesne.

W kolekcji mamy 4 albo 5 wzorów dużych kilimów. Każdy jest w 3 rozmiarach i 2 kolorach. Łącznie klient ma do wyboru jakieś 24 modeli z jednej serii. Do tego mamy mniejsze tkaniny, jako uzupełnienie oferty, czyli około 6 dodatkowych wzorów. Wykonujemy też kilimy na zamówienie. Nasz największy kilim miał wymiary 100×150 cm. Jego zrobienie zajęło blisko 70 godzin.

Możesz wyjaśnić laikowi, czym jest kilim, a czym makatka? I czym charakteryzują się oba produkty?

Kilim to może być określenie przedmiotu, tzn. dywanu, albo charakterystyczna technika. Pierwszą cechą kilimu jest lniana osnowa. Druga jest taka, że jak się robi tę tkaninę, to nie widać nitek osnowy, czyli tych białych, które zwisają. Materiał wydaje się mocno zbity i sztywny. Całość jest obustronnie płaska, dzięki temu tkaninę można kłaść na obu jej stronach – to bardzo ważne, bo zazwyczaj ręcznie tkane materiały są jednostronne. Kilim jest przede wszystkim tkaniną użytkową. Wyróżnia się trwałością i odpornością na ścieranie. Można go normalnie położyć na podłodze, ale wtedy warto przewracać go co jakiś czas raz na lewą, raz na prawą stronę.

Makatki natomiast to bardziej ogólna nazwa dla tkaniny dekoracyjnej, bo one mogą być też haftowane. Kiedyś były bardzo popularne w kuchniach.


Z założenia wasze produkty mają być bardziej użytkowe czy dekoracyjne?

Dla mnie to nie ma znaczenia. Artyści czasem mają z tym problem, a my nie. Nie traktujemy tego jako dzieła sztuki. To nie są megaunikatowe rzeczy, bo jednego wzoru robimy po 4–6 sztuk, więc mamy pewną powtarzalność. Wiadomo – prace ręczne różnią się między sobą, ale to jest produkt, który normalnie możemy odtworzyć. Gdybyśmy traktowały nasze kilimy jako dzieło sztuki, to pewnie i cena musiałaby być dużo wyższa. Wyceniając produkty, nie wliczamy w nie wartości artystycznej.

Czym różnią się maszyny, które tu widzimy? Krosno podłogowe, rama tkacka? Na jednym i drugim można wykonać kilim, ale o różnym skomplikowaniu wzoru?

Nie do końca. Na obu narzędziach można zrobić taka samą tkaninę, tylko na tym dużym krośnie podłogowym mogę przy okazji zmienić parametry. Mogę na przykład zmodyfikować grubość nitek. Na ramie tkackiej nie mam takiej możliwości. My akurat robimy na obu narzędziach takie same tkaniny. Kiedy pracujemy na krośnie podłogowym, po prostu idzie to szybciej i stanowczo mniej bolą ręce oraz nadgarstki. Kiedy ono pojawiło się w naszej pracowni, Jadzia na początku podskakiwała przy każdym przybiciu tkaniny. Ten dźwięk jest dosyć specyficzny (śmiech), ale teraz się już przyzwyczaiłyśmy i wiemy dokładnie, kiedy to nastąpi (śmiech).

Wszystko robicie ręcznie?

Tak. Na ramie tkackiej mam taką przekładkę, która jest normalnie w pozycji „zero”, jak nici, a przy zmianie jej konfiguracji, robią się przerwy i wówczas mogę wprowadzić nić np. w innym kolorze. Po jej wsunięciu muszę ją przybić widelcem. Potem wracam do poprzedniego układu. W przypadku ramy wykorzystujemy technikę kilimu grzebyczkowego, a na krośnie podłogowym – płochowego. Tkactwo polega przede wszystkim na zmienianiu położenia poszczególnych nici względem osnowy.


Czekaj, czekaj… widelcem?

No tak (śmiech). Ale wiecie, to też nie jest tak, że każdy widelec się nada. Mam jeden ulubiony, jest na tyle lekki, że ręka się tak szybko nie męczy, a jednocześnie dobrze przybija nici (śmiech).

A wzory? Jak powstają wzory na kilimach?

Zazwyczaj jest tak, że przenosimy wzór z kartki na osnowę. Siedzimy z linijką i odmierzamy wszystko. Czasem przy dużych formatach drukujemy projekt w skali 1:1, przekładamy go za osnowę i dopiero wówczas odrysowujemy kształty. Przy kilimach to możliwe, bo osnowy przecież i tak nie widać. Jeśli jednak osnowa zostaje widoczna, pozostaje opierać się na wzorze z kartki. Zazwyczaj staramy się, żeby jedna osoba pracowała nad konkretną tkaniną. W praktyce technika jest taka sama, ale ja, siadając do projektu Jadzi, nie wiem, jak ona od początku prowadziła tę tkaninę. Mogła mieć na to swój sposób, jakoś specyficznie zawijać nitki…. Niby technika jest prosta i wszystko powinno się zgadzać, ale każda osoba pracuje w indywidualny sposób.


Czy jako specjalista od tkanin, możesz podpowiedzieć naszym czytelnikom, na co warto zwracać uwagę, zanim zainwestujemy w produkt?

W tym celu musielibyśmy się umówić na oddzielną rozmowę (śmiech). Prawda jest taka, że w tej chwili na rynku jest tyle produktów, że osoba, która nie ma odpowiedniego wykształcenia, pewnie w ogóle nie widzi między nimi różnicy. Mogę za to podzielić się z Wami kilkoma ciekawostkami. Jeśli kupujecie wełniany sweter, to prawdopodobnie został on wykonany z wełny martwych owiec, które zostały zabite na mięso. Dla niektórych osób to bardzo ważna informacja, więc poza sprawdzaniem, czy na produkcie jest napis „100% wełny”, warto zwrócić uwagę, czy jest tam również znak „woolmark”. Jeśli jest, to macie pewność, że kupujecie produkt z owiec, które są hodowane dla futra i mleka. Niestety, pewnie koło 95% dostępnych na rynku produktów nie posiada tej etykiety. Warto też skoncentrować się na tym, aby tekstylia, w które inwestujemy, były wysokiej jakości. Produkcja bawełny zużywa ok. 30–40% pestycydów światowych. Nieorganiczna bawełna jest nasączona chemikaliami, bo inaczej by zgniła lub się rozleciała. Jej produkcja jest więc bardzo toksyczna. Wydaje się, że bawełna dla ciała jest bardzo wskazana, ale dla środowiska – niestety nie. Właśnie dlatego dobrze kupować rzeczy wysokiej jakości, inaczej średni cykl życia produktu jest bardzo krótki. Od momentu zakupu do wyrzucenia mijają powiedzmy dwa lata. To się tyczy wszystkich tkanin, nie tylko ubrań. Kilim wytrzymuje lata, bywa przekazywany z pokolenia na pokolenie. Oczywiście, wymaga to odpowiedniej konserwacji.


W jaki sposób należy dbać o kilim?

Co jakiś czas powinno się go oddać do pralni. Dopóki nie jest brudny, wystarczy go czasem wytrzepać. Nie szarpać i nie kłaść koło ognia (śmiech). My teraz pracujemy nad bawełnianymi kilimami wysokiej jakości, które będzie można wrzucić do pralki.

Co sądzisz o odradzającej się modzie na rękodzieło i zjawisku Nowej Fali Rzemieślnictwa?

My mamy bardzo dużo przyjaciół, którzy zajmują się rzemiosłem. W Łodzi ta społeczność jest bardzo silna i wszyscy pomagają sobie nawzajem. W grupie dużo łatwiej się pracuje. W rękodzielnikami z innych miast poznajemy się przede wszystkim na targach i dlatego tak bardzo lubimy na nie jeździć – to świetna okazja, żeby poznać wiele ciekawych osób. A co do Nowej Fali Rzemiosła, to chyba po prostu nastąpił przesyt rzeczami produkowanymi masowo. Każdy chce mieć coś oryginalnego. Mieszkania wyglądają tak samo, wszyscy ubierają się w sieciówkach i mają te same rzeczy, a ludzie chcą inwestować w wyjątkowe produkty. Dodatkową wartością jest to, że wiedzą, kto zrobił daną rzecz i jak to zrobił. Bardzo podoba mi się koncepcja otwartych pracowni – tak jak teraz działają w Warszawie na przykład dziewczyny z Fenka. U nas też są wielkie okna, zdarza się, że ludzie stoją i patrzą na naszą pracę nawet przez pół godziny.


Warszawa ma sporą bolączkę z lokalami dla rzemieślników. Jak ta sytuacja wygląda w Łodzi?

W Łodzi jest bardzo dużo miejsc do wykorzystania. Chociaż z pozoru miejsce wygląda na zapuszczone, bo jest dużo zrujnowanych lokalizacji, to miasto ma taką politykę, że woli oddać te budynki ludziom i ufa, że oni zrobią w nich coś fajnego. Między innymi dlatego tak lubię Łódź. My do Art Inkubatora trafiłyśmy na drodze konkursu dla rezydentów i mogłyśmy wynająć lokal na dwa lata, po bardzo preferencyjnej stawce. Jesteśmy tu już rok, więc niedługo będziemy szukać nowej pracowni, ale nie mam obaw – jestem pewna, że coś znajdziemy! W Łodzi jest program „Lokale dla kreatywnych” i można znaleźć przestrzeń praktycznie w centrum miasta. W ramach inicjatywy jest dostępna pula lokali, które są co prawda w raczej kiepskim stanie, ale ich cena jest bardzo niska. Po remoncie możesz mieć pracownię na środku Piotrkowskiej.

Jakie macie plany na rozwój Tartarugi? Inne tekstylia użytkowe? Ubrania?

Jeśli szyję ubrania to tylko dla siebie. Rynek modowy jest bardzo trudny w Polsce. Nie warto w to wchodzić, z naszego punktu widzenia oczywiście. Świat designu podoba nam się bardziej niż modowy.

Tekstylia użytkowe do domu, np. zasłony, obicia, pościel, obrusy – czemu nie. Fajnie byłoby podejść do tego tak kompleksowo. Jeśli firma będzie się dalej rozwijać i będziemy miały środki na inwestycję, to myślę, że możemy spróbować.


Zawsze będziecie we dwie? Ty i Jadzia?

Ja bardzo chciałabym powiększyć nasz zespół i w ciągu kilku lat zrobić coś dużego i fajnego. Ostatnio pisałam pracę magisterską o kilimach, wchodziłam bardzo głęboko w ich historię i naczytałam się o tym wszystkim. Kilimy odniosły naprawdę duży sukces, także w Polsce lat 20. Wtedy było kilka manufaktur, gdzie pracowało po kilkadziesiąt osób. To był polski towar eksportowy. I teraz widzę szansę, że może i Tartaruga mogłaby się rozrosnąć. Tak jak manufaktura ceramiki w Bolesławcu… to też projekt wyjątkowy, ale produkuje się go masowo. Jeśli tylko będzie na tyle dużo klientów, by to się mogło rozwijać, to ja bardzo chętnie! Mamy nawet kolejkę osób, które chciałyby u nas pracować. Nawet mój tata. A jak mu mówię, że przecież on nie umie, to odpowiedź jest prosta: nauczę się!

Zobacz wideo z pracowni na naszym kanale YouTube:

Fotografie w tekście i materiał wideo: Radek Zawadzki
Prowadząca wywiad i autorka: Małgorzata Herman
Redakcja: Iza Sykut


Tartaruga
ul. Księdza Biskupa Wincentego Tymienieckiego 3
90-001 Łódź
507 823 271, contact@tartarugastudio.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *