Introligatorski warsztat kreatywny

Do pracowni Aanda trafiamy z polecenia innych rzemieślników. Część z nich opowiada nam o ogromnym entuzjazmie Aliny i Artura oraz wysokiej jakości szkicowników wykonywanych przez ten duet. Weronika – nasza rysowniczka – zaciera ręce na samą myśl o wizycie w zaprzyjaźnionej introligatorni. Nie szczędzi przy tym pochwał dotyczących notesów powstających w tej pracowni. W jedno z sobotnich popołudni odwiedzamy więc warsztat Aandy w podwarszawskim Brwinowie.

Markę Aanda tworzą Alina Grabiec i Artur Stępniak. Jak oboje zauważają, gdyby nie ich połączona energia, żaden ze szkicowników nigdy by nie powstał. Przede wszystkim dlatego, że pomysłodawcą założenia firmy był Artur, a szyciem szkicowników zajmuje się głównie Alina. Wspólnie projektują, wymyślają nowe serie i zajmują się promocją swoich produktów w sieci.

Projekt Pracownie: Jesteście kolejnymi „przebranżowanymi” architektami, prawda?

Alina: Można tak powiedzieć (śmiech). Studiując architekturę, zawsze wiedziałam, że chcę robić coś więcej. Po obronie pracy inżynierskiej zdecydowałam, że chcę odejść z pracowni architektonicznej i w pełni poświęcić się szyciu szkicowników. Artur w tej chwili wrócił do pracy zawodowej i robi doktorat.


Dlaczego szkicowniki?

Artur: Wszystko zaczęło się od szkicowników, które nie były nasze.

Alina: Firma, w której kupowałam moje ukochane szkicowniki, zmieniła proces produkcyjny i znacznie spadła jakość dostarczanych przez nich produktów. Artur postanowił wówczas poszukać dla mnie zamiennika i zamówił z firmy z Wenezueli kilka sztuk i sam chciał dla mnie uszyć idealny szkicownik. Niestety, notesy przyszły do nas zniszczone. Jak się okazało, musiały przejść kontrolę pod kątem przemytu narkotyków i okładka została pocięta. Ponieważ to ja zawsze szyłam i haftowałam, postanowiłam, że spróbuję na podstawie produktów, które dostaliśmy, uszyć ich odpowiedniki. Pamiętam, że wykorzystałam wówczas do tego starą koszulę taty Artura (śmiech).

Skąd wiedziałaś, jakie czynności musisz wykonać, żeby uzyskać odpowiedni efekt?

Alina: Internet okazał się skarbnicą wiedzy, można tam znaleźć absolutnie wszystko. Wiele dała mi również wiedza, którą od najmłodszych lat dzieliła się ze mną moja mama. To ona nauczyła mnie szyć. Z czasem wybrałam się też na kurs introligatorski, organizowany przez Oficynę Peryferie, ale to było dość późno. Może nie nauczyłam się tam wiele, ale mogłam potwierdzić swoje umiejętności i poznać sporo osób, które mają podobną pasję.

Artur: Alina ma takie super moce, że potrafi nawet na podstawie zdjęcia szkicownika rozpoznać, jak on został zrobiony (śmiech).


Pamiętacie swoje pierwsze zamówienie? Moment, w którym Aanda zaczęła być rozpoznawalna?

Artur: Jedno z pierwszych komercyjnych zlecenie było dla Filipa, to był notes dla jego mamy. To był bardzo wymagający projekt, w którym ustalaliśmy każdy detal. Klient wybierał z nami wszystkie materiały i miał wobec nas bardzo duże wymagania. To był nasz pierwszy skórzany szkicownik.

Alina: Kilka pierwszych szkicowników robiliśmy dla siebie i w zasadzie takie było założenie. Przy każdym kolejnym modelu próbowaliśmy nowych rozwiązań. Ponieważ uczęszczaliśmy do szkoły rysunku i studiowaliśmy architekturę, nasi znajomi widzieli te notatniki i często pytali, czy możemy również dla nich wykonać podobne notesy. Z czasem zaczęliśmy rozdawać je znajomym. Albo sprzedawać jedynie za koszty materiałów. Zbieraliśmy uwagi i z każdym kolejnym projektem poprawialiśmy jakość. W końcu zdecydowaliśmy się na założenie profilu na Facebooku, gdzie umieszczaliśmy zdjęcia gotowych notesów. Byłam bardzo zaskoczona liczbą like’ów, którą osiągnęliśmy w bardzo krótkim czasie. Spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem i to dodatkowo zachęciło nas do działania.


Załóżmy, że przychodzę do Was i chcę zamówić szkicownik. Od czego zaczynamy?

Alina: Przy zamówieniu trzeba doprecyzować wiele spraw. Musiałabyś nam powiedzieć, do czego będziesz używała szkicownika. Będziesz w nim pisać ołówkiem czy długopisem? W przypadku długopisu musimy wybrać papier o gramaturze większej niż 100, najlepiej 150, żeby tusz nie przebijał na kolejne kartki. Inaczej natomiast będziemy dobierać papier dla osoby piszącej piórem, a jeszcze inaczej dla rysownika korzystającego z ołówka. Mamy bardzo duży wybór materiałów, włączając w to papiery recyklingowe i ekologiczne, które zresztą należą do moich ulubionych. Większość osób, mówiąc o liczbie kartek, używa mało precyzyjnego „tyle” (śmiech), a to również kwestia, którą musimy ustalić. Zawsze zwracam uwagę na to, czy liczba kartek jest proporcjonalna do formatu zamawianego szkicownika. Potem ustalam oprawę – czy ma być klasyczna? A może z podwójnym grzbietem? No i wybór samego szycia… Mamy do wyboru koptyjskie, japońskie… Większość z tych nazw raczej nikomu nic nie powie, dopóki faktycznie ich nie zobaczy…

Artur: Alina zawsze dokładnie tłumaczy, jak wygląda i czym charakteryzuje się każde szycie! (śmiech)


Alina: Ważne jest również ustalenie wagi szkicownika. Wpływa na nią wybór materiałów oraz techniki, którą ma być wykonany. Najlżejsze są szkicowniki w skórzanej oprawie, które w zasadzie są tylko blokami kartek zszytymi bezpośrednio z okładką.

Myślę, że mamy znacznie więcej zamówień od osób, które nie mają zbyt dużej wiedzy o materiałach. Znają jedną lub dwie predyspozycje, na których im zależy, na przykład, że papier ma być gładki, a oprawa twarda. Sporo osób zamawia u nas prezenty dla bliskich, wówczas polegają głównie na naszej wiedzy. Mamy próbniki z różnych hurtowni introligatorskich, można wszystkiego dotknąć i dopiero wtedy podjąć decyzję. Zawsze najlepiej na początku się spotkać i wszystko ustalić.


Skąd czerpaliście wiedzę o papierze? O materiałach, z jakich najlepiej korzystać?

Artur: Oboje rysujemy i szkicujemy. To bardzo nam pomogło. Jesteśmy zwolennikami papieru Munken. Zawsze sporo uwagi poświęcaliśmy szkicownikom, na które sami się decydowaliśmy. Jest ogromna różnica w odpowiednio dopasowanym notesie, a jego sklepowym odpowiedniku. Widzieliśmy, co nam najbardziej odpowiada i testowaliśmy różne materiały. Doświadczenie dało nam wiedzę na temat tego, co powinniśmy rekomendować naszym klientom.

A sam proces? Jak wygląda praca nad szkicownikiem?

Alina: Po wyborze papieru – zginam, przycinam, zszywam (śmiech). To oczywiście duże uproszczenie. Każdą kartę zginam, wykonuję w niej odpowiednie dziurki, w zależności od proporcji i formatu. Dodaję wyklejkę, dodatki takie jak zakładka czy kapitałka, a na koniec okładkę. W naszej działalności nastąpił ogromny progres, kiedy zaczęliśmy inwestować w maszyny. Niedawno kupiliśmy nowy ploter laserowy, który umożliwia nam personalizację szkicowników, oraz profesjonalną gilotynę mającą duży wpływ na jakość naszych produktów. Umożliwia ona wycięcie wszystkiego w odpowiednich wymiarach. Wcześniej, gdy korzystaliśmy z normalnej gilotyny, musiałam przycinać materiały nożykiem. Teraz wiele procesów znacznie się usprawniło.


Na Waszym profilu na Facebooku można znaleźć nie tylko szkicowniki. Mam wrażenie, że Wasza oferta nieustannie się powiększa.

Alina: Myślałam, że z czasem będziemy ograniczać naszą ofertę, ale faktycznie ona nieustannie się poszerza. Cieszy nas to, że możemy zaproponować zestawy i komplety różnych produktów. W tej chwili mamy już nie tylko szkicowniki. Robimy również albumy, winetki na śluby, zaproszenia, księgi gości, pudełka prezentowe. Oferujemy kompleksowość, bo, mając te wszystkie materiały, zapewniamy spójność wszystkim zamówionym rzeczom. Oprawiamy prace licencjackie, magisterskie, doktoranckie, minipublikacje. W tej kwestii jesteśmy głównie „oprawcami” , nie układamy zawartości książek, pomagamy jedynie z impozycją. Bardzo często realizujemy zamówienia na portfolia, które dają nam duże możliwości twórcze. Możemy wtedy skorzystać z nietypowych materiałów i rozwiązań – sklejka, kora brzozy, skóra, koronka. Kiedyś robiliśmy zamówienie na szkicownik z obicia starej kanapy. Nasz klient się na niej wychowywał i chciał mieć sentymentalną pamiątkę. Robimy także portfolia na śrubach introligatorskich, które można uzupełniać nowymi pracami. Ponadto, dzięki inwestycji w ploter laserowy, nie tylko możemy personalizować notesy, lecz także wykonywać makiety architektoniczne oraz indywidualne zamówienia, także od innych rzemieślników.


Kilka miesięcy temu odwiedziliśmy targi Niech Żyje Papier – wygląda na to, że macie sporą konkurencję.

Alina: Rzeczywiście konkurencja jest spora, ale,prawdę mówiąc, nie widziałam, żeby ktoś robił szkicowniki z zewnętrznym szyciem, które są naszym znakiem rozpoznawczym. Sporo firm robi albumy i klasyczne notesy. Myślę, że my oferujemy coś wyjątkowego. Często odchodzimy od tradycyjnych materiałów introligatorskich i mam nadzieję, że coraz częściej będziemy sięgać po inne surowce naturalne, np. len czy drewno.  W moim odczuciu towarzystwo młodych introligatorów się wspiera. Obserwujemy swoje dokonania, doceniamy prace. Ja na przykład często oglądam produkty innych firm i nigdy mnie nie kusiło, żeby zrobić coś podobnego. Bardziej fascynuje mnie czyjeś doświadczenie i pomysł, doceniam jedno i drugie…. Właściwie to głupio mi nazywać się introligatorem. Bardziej użyłabym określenia „oprawca”, który jest otwarty na wszystkie współczesne projekty i nie zamyka się w klasyce.


Chciałabyś trafić na praktyki do tradycyjnej pracowni introligatorskiej?

Alina: Pewnie, bardzo chciałabym rozpocząć naukę u prawdziwego introligatora. Trafić do warsztatu z tradycjami. Rzeczy, które robię w Aandzie wymagają kreatywności, podejścia koncepcyjnego, projektu, ale często jesteśmy też pytani o usługę renowacji książek. Myślę, że umiałabym to zrobić, ale nie wiem, czy byłoby to zgodnie ze sztuką, z tym fachem. Myślałam nawet o podjęciu nauki na konserwacji na ASP. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła poznać klasyczne i tradycyjne techniki introligatorskie pod okiem mistrza.

Kiedy byliśmy na targach, rozmawialiśmy o tym, że sporo osób nigdy nie korzysta ze szkicowników, które kupuje, bo… są zbyt ładne. Zawsze czeka się na odpowiednią okazję, żeby je wykorzystać. Zgadza się to z waszą tezą?

Alina: W ogóle nie mogę tego zrozumieć, ale ludzie faktycznie często boją się używać zakupionego szkicownika. Tak jakby myśleli, że jak się coś narysuje w środku, to on się zepsuje, a przecież pusty notes nie spełnia swojej funkcji. Powinno się z nich skorzystać! Może powinno się sprzedawać od razu po dwa (śmiech)? Nie wiem, jak można temu przeciwdziałać. Robić brzydkie szkicowniki? (śmiech) Prawie nikt z naszych znajomych nie zarysowuje pierwszej strony! Zawsze czeka się na wyjątkowy pomysł lub specjalnie zaplanowany rysunek.


A co z przekonaniem o tym, że ludzie już praktycznie nie piszą tradycyjnie? Że miejsce pióra zastąpiły komputery, tablety, komórki…?

Alina: Naturalnie mieliśmy obawy, że ludziom spodobają się nasze szkicowniki, ale nie będą z nich korzystać. Tymczasem ja musiałam rzucić pracę, żeby w pełni poświęcić się działalności Aandy. Myślę, że na naszą korzyść działa to, że lubimy mieć spersonalizowane przedmioty i rzeczywiście u nas znaczna część zamówień to indywidualne projekty. Poza tym rzemiosło jest modne. To, że ktoś zrobił produkt własnymi rękami, podnosi jego wartość. Ludzie znów korzystają z tradycyjnych kalendarzy, planerów. Sami zastanawiamy się nad produkcją kalendarzy, ale wówczas musielibyśmy zaprosić do współpracy rysownika. Kto wie, może Weronikę Reroń? (śmiech)


Jakie macie plany na najbliższe miesiące? Skoro rzuciłaś pracę w pracowni, pojawią się szkicowniki „na stanie”? Sklep internetowy? Targi?

Alina: Aanda jest moim zajęciem zawodowym od dwóch miesięcy i aktualnie testujemy ten model. Kiedy pracowałam w pracowni architektonicznej, wydawało mi się, że jestem przysypana pracą nad szkicownikami, ale wówczas to było dodatkowe zajęcie. Myślę, że rynek zweryfikuje, w jakim stopniu faktycznie możemy się z tego utrzymać. Nadal chcemy realizować jak najwięcej zamówień indywidualnych, ale dobrze byłoby mieć również notesy do kupienia „od ręki”. Mamy pomysł na to, by ruszyć z własnym sklepem internetowym, może pojawimy się na Etsy. Planujemy również pojawić się na jesiennej edycji targów Niech Żyje Papier. To jest moment, w którym wiele spraw się zweryfikuje. Na szczęście wieści o naszej działalności szybko się rozchodzą, najczęściej za pośrednictwem poczty pantoflowej. Nasi klienci to powracająca grupa – kiedy zapiszą jeden notes, kupują kolejny.

Co zabawne, nawet moja babcia, wypoczywając na działce, zrobiła kilka szkicowników i żartuje, że jak tylko uruchomimy sklep, chciałaby, żebyśmy włączyli je do oferty (śmiech).

Mamy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Wiele się dla nas zmieniło, kiedyś robiłam w wolnych chwilach szkicowniki, a teraz kiedy mam chwilę, to ich nie robię (śmiech).

 

Ilustracje: Weronika Reroń
Fotografie w tekście: Radek Zawadzki
Prowadząca wywiad i autorka: Małgorzata Herman
Redakcja: Iza Sykut


Aanda


Alina Grabiec i Artur Stępniak
ul. Milanowiecka 3, Brwinów
698 623 323, mail.to.aanda@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *