Kapeluszowy zawrót głowy

Przyciągające spojrzenia nakrycia głowy sygnowane marką Martoczki pierwszy raz widzimy na 3. Warszawskim Dniu Kapelusza przy Mysiej 3. Samą projektantkę kapeluszy, Martę Galińską, poznajemy na spotkaniu w Muzeum Warszawskiej Pragi poświęconym neonom witrynowym w Warszawie, które przeżywają swój renesans. Modystka dopytuje o aspekty prawne umożliwiające wykorzystanie reklamy w przestrzeni publicznej. Opowiada o swojej pracowni na Krakowskim Przedmieściu i zamiłowaniu do tworzenia toczków oraz kapeluszy. Po wydarzeniu chwilę gawędzimy o naszej inicjatywie i szybko otrzymujemy zaproszenie do królestwa kapeluszy.

Marta jest niezwykle barwną postacią i od pierwszego spotkania zauważamy, że jej stylizacje są bardzo przemyślane. Eleganckim strojom zawsze towarzyszą gustowne nakrycia głowy. Jak dowiemy się w czasie rozmowy, marka Martoczki miała oferować jedynie ozdobne toczki. Kiedy odwiedzamy warsztat, wszędzie widzimy kapelusze – fedory, meloniki, klosiki…

Projekt Pracownie: Zamiłowanie do rzemiosła wyniosłaś z domu? Ktoś w rodzinie zajmował się rękodziełem?

Marta: Tak. Dziadek był przedwojennym warszawskim rzemieślnikiem mistrzem szewskim i prowadził warsztat na Starej Ochocie, przy ulicy Kaliskiej 20. Miał czeladników i uczył ich zawodu. Zamawiano u niego gotowe buty, zwłaszcza oficerki w okresie okupacji. Cieszyły się sporym powodzeniem. Po wojnie, niestety, z zakładu nic nie zostało, dziadek do fachu już nie wrócił, zachorował i wkrótce zmarł.


Jak wyglądała Twoja nauka zawodu? Odkrywanie zamiłowania do modniarstwa?

Nie było prosto. Przez 15 lat pracowałam w korporacji w ostatnim okresie na kierowniczym stanowisku i nieustannie odnosiłam wrażenie, że posiadam zbyt wiele potencjału kreatywnego, żeby marnować się za biurkiem. Zastanawiałam się nad swoim powołaniem zawodowym i miałam różne pomysły. Myślałam o florystyce, bo czytałam, że warto sięgać do pasji, które rozwijały się w nas w dzieciństwie. Jako mała dziewczynka często robiłam bukieciki, wszystkich nimi obdarowywałam. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie będzie odpowiednia droga. Musiałabym o godzinie 4 jeździć na giełdę, a ja o tej porze mogę się co najwyżej położyć, a nie wstawać (śmiech)! I tak krok po kroku wymyśliłam sobie modniarstwo. Patrząc na stertę kapeluszy w moim domu, pomyślałam „a może to jest to?” – bo lubię nosić, uwielbiam szalone fasony, kolory, materiały, faktury. Tak trafiłam na pierwsze warsztaty w Muzeum Warszawskiej Pragi w ramach Festiwalu Rzemieślników. Prowadziła je modystka z Radomska – Katarzyna Nowakowska. Prułyśmy słomkowy kapelusz i robiliśmy z niego fascynator. Wtedy poczułam, że to będzie moja droga! Zaczęłam chodzić po pracowniach modniarskich i szukać modystki, która chciałaby mnie nauczyć zawodu. W wielu warsztatach usłyszałam, że popełniam błąd, że chcę sobie zmarnować życie, bo przecież nikt nie chodzi w kapeluszach i już ich nie kupuje! Nikt nie chciał uczyć, mimo iż to ginący zawód.

Dużo jest pracowni modniarskich w Warszawie?

Zrobiłam rekonesans – w Warszawie jest 11 firm zajmujących się modniarstwem albo tłoczących kapelusze na większą skalę. W innych miastach w ogóle ich nie ma lub jest ich niewiele. Jedna z moich obecnych nauczycielek i mentorek to Monika Ciesiełkiewicz modystka, która pracuje u jednego z najbardziej znanych kreatorów kapeluszy, Philipa Treacy z Londynu. Jest jedną z sześciu współpracujących z nim modystek. To ona uczy mnie nowoczesnych technik pracy z materiałami, o których polskie modystki nawet nie słyszały. Każdego dnia rozwijam swoje kompetencje i z radością zauważam, że część nakryć głowy noszonych przez gwiazdy byłabym w stanie bez problemu wykonać samodzielnie.

Mam też obecnie wsparcie ze strony warszawskiej mistrzyni modniarstwa Pani Stanisławy Wenclewskiej, która z zawodem związana jest od 62 lat! Pani Stanisława jest dobrym duchem mojej pracowni, to ona uczy mnie tradycyjnych technik modniarskich w tym modelowania ręcznego oraz starych ściegów ręcznych.

Czyli nie dałaś się zniechęcić i uwierzyłaś w pomyślność kapeluszowego interesu?

Wydaje mi się, że paradoksalnie dobrą robotę robią sieciówki, bo oswajają ludzi z kapeluszami. Wiadomo, że nie są one dobrej jakości, wszystkie tłoczone maszynowo, ale dzięki temu coraz więcej młodych ludzi nosi nakrycia głowy. Myślę, że z czasem sięgną po bardziej zindywidualizowane modele, lepszej jakości, tylko muszą się przyzwyczaić do tego, że kapelusz się nosi.

Tworzysz modę czy podążasz za modą?

Może tworzę modę… Jestem za skromna, żeby to przyznać. Jeden z toczków, które widzicie w pracowni, był inspirowany Fridą Kahlo. Jak usłyszałam, że będzie wystawa Fridy w Poznaniu, to zrobiłam dwa toczki w meksykańskiej stylistyce. I nawet byłam na tej wystawie w tym toczku, żeby zrobić ciekawe zdjęcia. Pani bileterka była zachwycona! Nikt wcześniej nie przyszedł w takiej stylizacji!

Czy osoba, która tutaj trafia, wie, czego chce? Czy oczekuje porady, jak dobrać kapelusz do swojej urody?

Generalnie osoby, które do mnie trafiają, mają sprecyzowane oczekiwania. Wiedzą, jakiego szukają fasonu, koloru i mniej więcej zdają sobie sprawę, w czym jest im dobrze. Oczywiście zdarza się również, że kiedy proponuję im zmierzenie innego nakrycia głowy, ze zdziwieniem stwierdzają „nie sądziłam, że będzie mi w tym do twarzy!”. Zamawiają nakrycie głowy, o którym nie myślały, kiedy tu przychodziły.


Z czego najczęściej robi się kapelusze? Z filcu, skóry, słomy?

Ja robię z filcu i z weluru z włosiem króliczym. Natomiast wizytowe toczki i fascynatory powstają z materiałów sprowadzanych z Anglii. Są to naturalne włókna z liści bananowca o nazwie sinamay i z palmy kokosowej – buntal.

Zatem… jak zrobić kapelusz?

Spróbujmy zrobić fedorę z filcu (Marta zaczyna robić fioletowy kapelusz – przyp. red.). Na początku namaczam materiał. Do wody dodaję dekstrynę, proszek z kasztanowca, który usztywni kapelusz. Mokry materiał naciągam na formę, co wymaga bardzo dużo siły – to wręcz fizyczna praca! Odpowiednio naciągnięty kapelusz zostawiam do wyschnięcia na dobę. Potem zajmuję się jego zdobieniami i wykończeniem – muszę go ręcznie obszyć, przyszyć napotnik, który gwarantuje zachowanie kształtu kapelusza i chroni go przed wnikaniem potu. W ogóle nie używam maszyny do szycia. Klientki bardzo doceniają, że moje kapelusze to w 100% ręczna praca.

Skąd bierzesz formy i ile powinien ich mieć modysta, aby sprostać każdemu zamówieniu?

Oj, bardzo dużo! Niestety koszt jednej takiej formy to kilkaset złotych. Za formę pod kapelusz z rondem trzeba zapłacić nawet tysiąc złotych! Formy są robione najczęściej z drewna lipowego, żeby bez problemu wbić w nie szpilkę. W Polsce formy robi jeden rzemieślnik – Jerzy Kacprzak z Łodzi. Wiem, że w tej chwili przyucza do zawodu swojego syna. To taki tradycyjny zakład, prowadzony z dziada, pradziada. Ja cały czas inwestuję w kolejne formy. Część udało mi się kupić od modystek starej daty, które postanowiły zakończyć działalność.


Robisz tylko kapelusze na zamówienia czy również modele, które są „na stanie” w pracowni?

Ostatnio robię więcej na zamówienia indywidualne. Jeśli mam wolny czas, to robię modele, które są tutaj i są modelami pokazowymi.

W Twojej pracowni jest wiele damskich modeli, ale widzimy też kilka męskich fasonów. Czy mężczyźni szukają kapeluszy?

Tak. Ostatnio robiłam kapelusz z ćwiekami dla muzyka rockowego z Lizbony. Jak widać, jestem także trochę kaletnikiem (śmiech). To była czarna fedora ze złotymi ćwiekami. Za kilka dni będzie występowała z muzykiem na scenie w Casino Estoril.

Myślałaś o tym, żeby ruszyć ze swoimi wyrobami za granicę?

One już wyjeżdżają za granicę. Jak w czerwcu ruszyłam z firmą, byłam partnerem międzynarodowego festiwalu burleski. Laureatki konkursu w ramach nagrody otrzymały moje nakrycia głowy. Moje toczki są już w Australii, w Brazylii, we Włoszech i Czechach. Ostatnio miałam zamówienie z Helsinek i Lizbony. Moje nakrycia głowy są jak krasnal z filmu Amelia, podróżują z klientkami po świecie i przysyłają mi zdjęcia to z Cypru, to z Kuby czy Paryża, wiodą zdecydowanie ciekawy żywot! Moje kapelusze i fascynator z tegorocznej kolekcji wiosennej miały sesję zdjęciową w Lizbonie, której efekty już wkrótce będzie można zobaczyć na profilu Martoczki na Facebooku.
Ludzie trafiają do mnie głównie z polecenia i z Facebooka.


Jaki jest profil klienta, z którym chciałabyś pracować?

Osoby pewne siebie, odważne, poszukujące ciekawych, unikatowych dodatków. Ludzie, którzy chcą się wyróżniać i stawiają na zindywidualizowany look.

Skąd czerpiesz inspiracje?

Inspiruje mnie to, co dzieje się na wybiegach i co pokazują najlepsze domy mody. Podglądam wykorzystywaną kolorystykę i fasony. Aplikacje na moich kapeluszach nawiązują do projektów domu mody Gucci i Dolce&Gabbana. Oni wykorzystywali je na torebkach i butach, a ja zaczęłam stosować na nakryciach głowy. Staram się być na bieżąco z nowościami w świecie mody. Zaś jeśli chodzi o modę męską śledzę stylizacje na targi Pitti Uomo we Florencji lub podglądam co noszą dandysi w tym Portuguesse Dandys.

Dużo twórców Nowej Fali Rzemiosła to samoucy. Uważasz, że umiejętności rzemieślnicze powinny być poparte dyplomem?

Myślę, że umiejętności rzemieślnika najlepiej weryfikuje rynek i ocena produktów, które wykonuje. To dużo ważniejsze niż dyplom. Kiedy pracowałam w korporacji, wydawało mi się, że najważniejsze jest posiadanie odpowiednich certyfikatów na wszystko. Czy ktoś kiedyś zajrzał do tych dokumentów? Nie. Liczyły się praktyczne umiejętności. Mogłabym podejść do egzaminu, ale nie uważam tego za konieczność. Moje toczki i kapelusze znajdują swoich odbiorów. Klienci do mnie wracają. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, chodzę na dodatkowe kursy i zajęcia, eksperymentuję z materiałami. Mam w sobie dużo energii i chcę doskonalić swoje umiejętności.


Nie myślałaś o kooperacji z innym rzemieślnikiem? Taki wspólny warsztat – na przykład z szewcem albo kaletnikiem… Zastanawiałaś się nad stworzeniem miejsca, w którym można znaleźć rzemieślnicze dodatki do stylizacji?

Oczywiście bardzo chciałabym nawiązać taką współpracę, ale… No właśnie. Miasto nakłada pewne ograniczenia na rzemieślników. Mogę sprzedawać w swoim lokalu jedynie przedmioty wytworzone przeze mnie, zgodnie z deklarowanym rodzajem uprawianego rzemiosła. Takie są warunki miasta, kiedy ubiegasz się o lokal. To niestety bardzo ogranicza. Nie mogę sprzedawać tutaj butów albo torebek, ponieważ ich nie wytwarzam. Niestety żywot rzemieślnika jest trudny.  Kiedy wygrałam konkurs na to miejsce, bardzo fajne było to, że podwórko pozostawało otwarte. Często zaglądały do mnie osoby spacerujące Krakowskim Przedmieściem, odwiedzające restauracje dookoła. Kilka osób kupiło modele pokazowe lub zdecydowało się na nakrycie głowy po drobnych modyfikacjach. Teraz, kiedy wspólnota zdecydowała o zamknięciu terenu Kamienicy Pod Messalką, ze swoimi gośćmi muszę umawiać się wcześniej na spotkanie, tłumaczyć im, jak mogą się tu dostać. Ubolewam nad tą zmianą. Przypadkowy klient czy turysta nie ma możliwości dotarcia do mojej pracowni.

Wspominałaś, że Twoja firma powstała w czerwcu (2017 roku)… Prowadzisz działalność niecały rok? Kiedy rozmawiamy z Tobą, odnosimy wrażenie, że modniarstwem zajmujesz się już bardzo długo.

Tak! Działalność prowadzę niespełna rok, ale wszystko ciągle się zmienia, a marka szybko się rozwija. Obecnie toczki i kapelusze to moje życie. Świadoma decyzja! Prawdę mówiąc, jeszcze nie było oficjalnego otwarcia mojej pracowni (śmiech). Chciałabym je zrobić na wiosnę i już teraz serdecznie wszystkich zapraszam! Szczegóły znajdziecie na fanpage’u Martoczki na Facebooku.

Fotografie w tekście: Krzysiek Jedynak

Wywiad prowadziły: Małgorzata Herman i Karolina Malczewska
Autor: Małgorzata Herman
Redakcja: Karolina Malczewska


Martoczki


Krakowskie Przedmieście 16/18, Warszawa
Marta Galińska 530 861 465, martoczki@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *