Malarskie trio z Podskarbińskiej

Projekt_Pracownie_Szczechowska_Zagorski_Zaborski

Z Olgą Szczechowską, Marcinem Zaborskim i Henrykiem Zagórskim, trojgiem malarzy i wieloletnich przyjaciół, spotkaliśmy się do tej pory trzy razy. Można powiedzieć, że ta znajomość jest klamrą, w której zamyka się nasza przygoda z zagłębiem rzemieślniczym na Podskarbińskiej.

Pierwszy raz widzimy się z bohaterami wywiadu, gdy industrialny teren dopiero zaczyna odkrywać przed nami swój urok. Podczas Nocy Otwartych Pracowni na piętro, na którym działają twórcy, zwabia nas muzyka. To Marcin gra na duduku i zaprasza zwiedzających do niewielkiego atelier malarskiego, miejsca pracy, a zarazem galerii. Kiedy umawiamy się z malarzami na wywiad, pracownia Olgi, Marcina i Henryka jest już jedną z ostatnich, znanych nam, na Podskarbińskiej. Idziemy tam ze świadomością, że to spotkanie może być naszym rozstaniem z lokalizacją, zanim całkowicie przejmie ją deweloper.

Jednak młodzi malarze stwarzają jeszcze jedną okazję do wizyty na Grochowie. Są autorami pamiętnego pożegnania Podskarbińskiej. Na zorganizowanym przez nich 29 grudnia 2017 roku finisażu spotykają się rzemieślnicy, ich przyjaciele, odbiorcy sztuki, a wreszcie osoby, które po raz pierwszy odwiedziły pracownię. W momencie, w którym publikujemy wywiad, Olga, Marcin i Henryk szukają nowej przestrzeni do pracy.

Projekt_Pracownie_Olga_Szczechowska_prace

Przyjaźń jak malowane

Projekt Pracownie: Jak Wam się tworzy we troje w jednej pracowni? To komfortowa sytuacja? I dlaczego zdecydowaliście się na taki model pracy?

Marcin: My nie mamy z tym żadnego problemu, ponieważ jesteśmy przyjaciółmi, bardzo bliskimi. A decyzja jest, chyba wiadomo, podyktowana finansami.

Olga: Poza tym i tak mijamy się w pracowni.

Marcin: Tak, każde z nas ma swoje dodatkowe zajęcie.

Henryk: Każdy ma pracę, ja często w delegacji (śmiech).

PP: Jak to się stało, że znaleźliście się tutaj w tym składzie?

Chór głosów: Studiowaliśmy razem w Toruniu…

O: …później przenieśliśmy się do Warszawy.

M: Dokładnie. Wcześniej Andrzej (z pracowni Dobrowolański Przyborowski, przyjaciel malarzy) znalazł sobie pracę w stolarni na Podskarbińskiej. Mówił, że są tu pomieszczenia na wynajem…

O: …że biegają tu króliki…

M: Kiedy tu przyszliśmy, wszystko było otwarte, pomieszczenia nie były podzielone. Weszliśmy tu, spojrzeliśmy na siebie z Henrykiem, od razu zadzwoniliśmy i zaklepaliśmy. Tutaj wynajmowali miejsce ludzie z ASP, wykładowcy… Dla nas to pierwsza taka wspólna przestrzeń, ale też od niedawna jesteśmy w Warszawie. Ja wcześniej miałem pracownię w kamienicy w Toruniu, należącej do miłośnika sztuki, pana Krzysztofa Żebrowskiego. Ponieważ nie mogłem już wtedy korzystać z pracowni na ASP, tamta spadła mi z nieba.

H: Pracownia tutaj ma bardzo dobry standard, jest w niej ciepło. Mieścimy się w niej z naszymi pracami, nie malujemy przecież dużych formatów.

M: Nie mamy dużych wymagań.

PP: Skąd w ogóle taka potrzeba, żeby mieć pracownię? Nie mogliście malować w domu?

H: Nie. Farby śmierdzą (śmiech).

O: Kiedyś robiliśmy to w domu, ale kiedy przypomnę sobie tamte czasy… I przecież wszystkie akcesoria zajmują dużo miejsca.

M: Poza tym dobrze wychodzić z domu do pracy.

PP: A czy ta lokalizacja, Podskarbińska, jest dla Was inspirująca? Widzieliśmy, że pokazujecie ją w swoich pracach. Za co ceniliście ten rzemieślniczo-artystyczny ekosystem?

M: Ja staram się cykać jakieś fotki. Tak, teraz jest nawet bardziej inspirująca i trzeba ją uwieczniać…

O: Ja tylko namalowałam, jak Podskarbińska się rozpada.

M: Najlepsze w tym miejscu było to, że cokolwiek chciało się tu załatwić, zrobić coś dodatkowego – wszystko można było załatwić na miejscu. W momencie kiedy wyszło na jaw, że wszystko to wyburzają, to poczucie bliskości z całą resztą lokatorów stało się dużo silniejsze. My dopiero wówczas poczuliśmy, jaka tu tkwiła siła. Nie sposób jest znaleźć takiego drugiego miejsca. To musiałyby być ogromne przestrzenie.

Twórcy o „małych potrzebach”

PP: Opowiedzcie o sobie więcej. Czym się zajmujecie poza tym, co robicie tutaj?

H: Ja pracuję dorywczo w konserwacji, głównie malarstwa, czasami rzeźby. I właściwie tyle.

M: No i teatrzyki!

H: Tak, teatrzyki. Razem z żoną prowadzimy warsztaty dla dzieci, a także założyliśmy wydawnictwo z dosyć nietypowymi książkami – Mały Teatr Ilustracji. To, co robimy, teatr ilustracji, bazuje na metodzie kamishibai, co oznacza sztukę teatralną przedstawianą na papierze (jap. kami – papier, shibai – sztuka – przyp. red.).

Henryk pokazuje nam kolorowe, dopracowane plansze z ilustracjami, które przekłada się podczas opowiadania historii. Spektakle tworzone za pomocą tych planszy pobudzają wyobraźnię dzieci i zachęcają do wymyślania własnych historii. W repertuarze Henryka i jego żony Ani znajdują się baśnie, legendy i wiersze polskich autorów.

O: Ja kilka razy w tygodniu prowadzę warsztaty w prywatnej pracowni plastycznej z dziećmi od czwartego do trzynastego roku życia. Obejmują malarstwo, rysunek, rzeźbę i inne działania plastyczne. Współprowadzę je z właścicielką tej pracowni. W czasie wolnym od tej pracy mogę sobie pozwolić, żeby tutaj malować.

M: Mnie również zdarza się pracować w konserwacji. Nie polecam najgorszemu wrogowi, bo nie płacą (śmiech). Na co dzień pracuję jednak w salonie z sprzętem vintage audio na Waszyngtona 96. Polecam – Marcin Zaborski. Muzyka, mój świat. Kocham ją, uwielbiam jazz z lat 50. i 60., muzyka jest moją drugą pasją. To fajna praca, realizuję się w niej. Mam też dość dużo wolnego czasu, żeby jeszcze malować.

O: Marcin jest audiofilem!

PP: Chcielibyśmy usłyszeć więcej o Waszych artystycznych działaniach i dowiedzieć się, czy młodym ludziom jest łatwo w świecie sztuki. Czy można się utrzymać z malarstwa? Czy ono musi mieć charakter komercyjny?

O: Zaczyna się… (śmiech).

PP: Olga, na przykład Twoje grafiki znalazły się na apaszkach… To dość nietypowe połączenie.

O: Ja – oprócz tego, że maluję – zajmuję się projektowaniem graficznym. Apaszki zaprojektowałam dziewczynie, z którą poznałyśmy się przez internet. Jej spodobały się moje prace i nawiązałyśmy współpracę. Robię też ilustracje i prowadzę te warsztaty z dziećmi – to daje mi utrzymanie. Obrazy czasami się sprzedają, ale rzadko.

H: Ja i moja żona podchodzimy do tematu z innej strony, animacji kultury, warsztatów dla dzieci. Na tym się skupiamy. Z tego typu działalności można się utrzymać. Poza tym jest ciężko.

O: Byliśmy tego świadomi, kiedy kończyliśmy szkołę. Ja nie narzekam.

M: My w ogóle nie narzekamy, bo nie mamy wielu potrzeb (śmiech).

PP: Ciekawi nas, czy malarstwo można komuś wytłumaczyć.

M: Malarstwo powinno mówić samo za siebie, aczkolwiek kiedy rozmawia się z kimś przez dłuższy czas, łatwiej jest coś wyjaśnić i można to zrobić.

H: Ja mam taki projekt, który jednak powinno się wytłumaczyć. Te portrety tworzyłem jeszcze w Toruniu w ramach Mikrowsparcia (system wsparcia dla organizatorów wydarzeń kulturalnych na terenie Torunia – przyp. red.), którego byłem beneficjentem. Projekt opierał się na tym, że znalazłem dziewięciu chętnych uczestników, namalowałem ich olejne portrety, a następnie poprosiłem ich, żeby zapisali na tych obrazach odpowiedzi na pytania dotyczące ich tożsamości. Żeby sami siebie sobą zasłonili. Taki paradoks.

PP: Henryk, a Twoje kaligrafy?

H: Traktuję je jako ćwiczenia. To raczej forma medytacji, kontemplacja gestu. Zaprezentowałem je na Scenie X w Olsztynie i w Galerii Bohema.

Wypośrodkować sztukę

PP: A jak odnajdujecie się w obiegach sztuki?

M: Dla mnie wszystkie współczesne rzeczy są bardzo męczące. Masa z nich jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Mimo że obracamy się w świecie sztuki i staramy się ją zrozumieć, mam wrażenie, że teraz jest taki okres w sztuce współczesnej, okres lynchowski. Nikt nic nie rozumie i wszyscy udają, że jest super. To mnie bardzo drażni. Jak wybieramy się na jakieś wystawy do Zachęty albo innej galerii, zawsze najbardziej się cieszę, kiedy widzę dobrze namalowany obraz, dzieło prezentujące jakiś kunszt. Widzę po ludziach, którzy przychodzą na wernisaże, że lubią zawieszać oko na czymś, co rzeczywiście prezentuje sobą wartość. Tego nie da się oszukać. Malarstwo powinno mówić samo za siebie. A mam wrażenie, że teraz jest za dużo hochsztaplerstwa.

O: Ale my jesteśmy raczej tradycjonalistami. Malujemy sobie, nie zajmujemy się performance’em ani instalacją.

H: Ja nie rozumiem performance’u, więc po co mam to robić (śmiech)! OK, jestem w stanie to zrozumieć i nawet mogę zrobić jakiś performance, ale on będzie dobry tylko dla mnie. Ostatni zrobiłem na wakacjach (śmiech).

M: Jest jeszcze drugi aspekt. Teraz pojawiło się dużo aukcji młodej sztuki. Każde z nas brało udział w aukcji nowej sztuki i chyba każde z nas tego żałuje. Jestem przerażony tym, że bardzo często ludzie, którzy organizują coś takiego, nie robią żadnego przesiewu.

O: Robią, ale pod kątem tego, że prace mają się sprzedać.

M: Jest mało bezkompromisowych osób, które rzeczowo oceniałyby jakość.

O: Wszystko wokół jest tak słabe albo tak przeintelektualizowane, że czasem pojawia się potrzeba, żeby zorganizować coś swojego.

PP: Jak jest z wystawianiem prac? Gdzie można Was obejrzeć? I czy to przekłada się na jakieś zamówienia od klientów albo zlecenia komercyjne?

H: Ja miałem jakiś czas temu wystawę w Olsztynie. W galerii Scena X wystawiali się znajomi z olsztyńskiego liceum plastycznego i zaprosili mnie do inicjatywy.

O: Ja wystawiałam kolaże w pracowni Duży Pokój. Nigdy nie myślałam, że będę się nimi zajmować, ale kiedyś usiadłam, zaczęłam wycinać figury i je komponować. Stwierdziłam, że to jest bardzo dobre doświadczenie dla mnie. Zabawa formą, jej badanie. Decydowanie, która wersja będzie końcowa. To też rodzaj ćwiczenia, ale one dobrze wyglądają wizualnie i podobają się wielu osobom. Sprzedają się, chociaż nie wiem, w jakim stopniu jest to coś, co mogłabym wystawić w galerii sztuki, a w jakim stopniu coś, co wystawia się na targach designu. Fajnie jednak, że ta wystawa wyszła, ponieważ w Pracowni Duży Pokój dzieje się dużo rzeczy. Akurat wtedy odbywało się spotkanie dotyczące jakiejś książki i kolaże zauważyła Bogna Świątkowska. Zaproponowała, żebym zrobiła okładkę do „Notesu na 6 tygodni”.

M: W moim przypadku zdarza się, że zgłaszają się ludzie z zamówieniami, ponieważ maluję portrety. Trochę walczymy o to, żeby sztuka była pomiędzy, jak kolaże Olgi, żeby była dla ludzi. Celujemy w środek.

O: Chcemy, żeby sztuka, którą robimy, była przede wszystkim dobra, nieprzeciętna i żeby odbiorcę było na nią stać.

PP: Jak wyobrażacie sobie odbiorcę Waszej twórczości?

H: Myślę, że ostatecznie nasza sztuka sprowadza się do tego, że robimy ją głównie dla siebie. Ja z malarstwa czerpię dużo dobra. Jeśli ktoś jeszcze da radę coś z moich prac wyciągnąć dla siebie, to będę się bardzo cieszył. Jednak w trakcie malowania jedynym odbiorcą, z którym się liczę, jestem ja sam. Biorę z tego to, co moje – namalowałem coś – osiągnąłem, co chciałem osiągnąć, i to doświadczenie już we mnie siedzi. Obraz może zmienić właściciela – nie obraziłbym się, gdyby nowy właściciel był bogaty (śmiech). Miło, jeśli mógłbym jeszcze na tym wszystkim zarobić…

M: Życzyłbym sobie, żeby nasze obrazy trafiały do ludzi o pewnej wrażliwości. Nie do takich, którzy będą kupowali prace ze względu na nazwisko, ale do takich, którzy po prostu je poczują. Najważniejsze, żeby coś zaiskrzyło z odbiorcą. Staramy się przemycić w malarstwie detale, rzeczy, które nas kręcą, zestawienia, środki wyrazu. Najważniejsza jest dla nas ta tkanka. Właśnie te niuanse powinny dotrzeć do ludzi. Ja maluję głównie portrety, także komercyjnie, ale cały czas poszukuję czegoś nowego. Chciałbym już oderwać się od tych realistycznych portretów, bo trudno jest przekazać, o co mi chodzi, kiedy je maluję. A chodzi właśnie o szczegóły, o aurę, światło. Portret jest tylko pretekstem do formalnego potraktowania malarstwa.

PP: Często malujesz ludzi od tyłu albo z profilu.

M: Tak, to zaczęło się od mojego dyplomu. Pomysł był taki, że jeśli nie będę pokazywał spojrzenia, ono nie będzie przyciągało uwagi. Bo istotna jest całość. Ten cykl obejmował obrazy malowane ze zdjęć. A fotografie także mają swoje ułomności, bardzo ciekawe, które są puentami. Przesunięcia, powidoczki – to wszystko jest bardzo inspirujące.

PP: Opowiecie nam o swoich dyplomach?

H: W moim dyplomie kluczem była tożsamość, moja tożsamość, więc praca ta była trochę ekshibicjonistyczna. Ten obraz, który tu widzicie, przedstawia portret mojego ojca, a z tyłu widać, jak moja mama pali las. Zrobiłem cykl obrazów – przedstawień składowych mojej tożsamości. W pewnym sensie pomagały mi przepracowywać siebie.

O: Ja stworzyłam cykl przedstawiający porozbijane szyby. Bardzo formalne podejście, podobały mi się nowe kolory, odcienie, to, jak formy nakładały się na siebie. Teraz motyw już mi się znudził i nie maluję takich obrazów (śmiech).

Siła artystycznej wspólnoty

PP: Co sądzicie o edukacji artystycznej na polskich uczelniach?

O: My studiowaliśmy w Toruniu, który jest bardzo specyficzny. Nie oceniam wysoko kształcenia na kierunku malarskim. Wspominam jednego profesora, który zrobił na mnie duże wrażenie, miał indywidualne podejście do studentów i starał się każdego zrozumieć – Krzysztofa Pitułę. Na roku starałyśmy się z przyjaciółkami robić swoje, szukać swojej ścieżki. Naprawdę tego potrzebowałyśmy. Skończyłam te studia, ale w dużej mierze dlatego, że trafiliśmy na fajne osoby w grupie i nasze najbliższe otoczenie było inspirujące.

M: Przez to, że uczelnia była konserwatywna, my wszyscy trzymaliśmy się razem. Zastana sytuacja zdeterminowała nas do tego, żebyśmy działali dużo prężniej, niż gdyby była prosta i przyjemna. Chyba tak zawsze było w sztuce.

O: Wtedy utworzyła się grupa ludzi skupiona wokół galerii „Nad Wisłą”, którą założył profesor Marian Stępak. Zaczęliśmy wspólnie działać, spotykać się, dyskutować. Od kiedy wyjechaliśmy do Warszawy, kontakt z nimi się urwał, ale grupa ciągle funkcjonuje. Ważną rolę odegrało również Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu, stworzyli projekt skierowany do studentów Wydziału Sztuk Pięknych – PRZEprojekt. Organizowaliśmy cykliczne wystawy we współpracy z kuratorami.

M: Moim zdaniem na studia artystyczne idzie się głównie po to, żeby poznać ludzi, zawiązać pierwsze przyjaźnie. To jest duża wartość.

PP: Co mają na celu takie stowarzyszenia i tworzenie w grupie?

O: Po pierwsze – jest się bardziej zauważalnym. Po drugie – zyskuje się większą motywację. Po trzecie – często sobie doradzamy.

M: Jeżeli jest się w grupie ludzi, łatwiej cokolwiek zorganizować, na przykład wystawy. Można otworzyć własną galerię. Tak jest człowiek skonstruowany, że dzięki kontaktowi z drugą osobą albo jakąś inspiracją łatwiej się nakręca. W moim przypadku kiedy widzę, jak ktoś tworzy, od razu włączają mi się moje pomysły. Ja zrobiłbym coś inaczej, użył innego rozwiązania…

H: Wtedy po prostu się rozwijasz. Czasem zostajemy sobie z Marcinem dłużej w pracowni i rozmawiamy o malarstwie (śmiech). Napędzamy się wzajemnie. Dzięki swojej obecności nie wychodzimy z obiegu malarstwa, mówienia o malarstwie, ciągłego myślenia kolorami.

PP: A wyjście z pracowni jest wytrącające z tego trybu, czy wręcz przeciwnie – pobudza i inspiruje?

M: Wszystko może być inspiracją.

H: Wszystko jest.

M: Jakieś banały: światło. U nas w pracowni jest żółte, a na zewnątrz widzimy zachód, pokazujemy sobie kolory. Jak się maluje i tworzy, to się myśli o wszystkim cały czas w malarski sposób.

Dostrzegać fakturę

PP: A inne działania komercyjne? Wykorzystujecie swój talent jeszcze w jakiś sposób?

M: Malujemy też na ścianie, mamy swoje realizacje i chcielibyśmy mieć ich jeszcze więcej. Robiliśmy na przykład mural dla restauracji w Radomiu. To połączenie projektu Olgi z logotypem, który już był zaprojektowany. Praca bezpośrednio związana z naszą specjalizacją – malarstwem ściennym w architekturze, dużo zabawy.

PP: Takie zlecenia same Was znajdują czy ich szukacie?

M: To samo nas znalazło, oczywiście zimą (śmiech). Jesteśmy otwarci na takie zlecenia.

O: Ale chcielibyśmy raczej robić na ścianie swój projekt, a nie odtwarzać księżniczki z Disneya.

PP: Zdradzicie, jakie są ceny Waszych prac?

O: Moje kolaże kosztują 300 zł z ramką. Rozsądna cena (śmiech). Obrazy nie mają ustalonej ceny, zazwyczaj między tysiącem a dwoma tysiącami.

H: Ja komercyjnie mało sprzedaję. Kaligrafy sprzedawałem po 200 zł.

M: Ja mogę powiedzieć, za ile sprzedawały się moje obrazy, kiedy pojawiały się na aukcjach w Desie – około 2500–2700 zł. Paradoksalnie często w galeriach i na aukcjach wyżej wyceniane są obrazy wielkoformatowe, chociaż to te w małym formacie wymagają większego nakładu pracy.

PP: Gdybyście mogli coś zmienić w podejściu ludzi do sztuki i w nauczaniu jej, co by to było?

M: Najważniejsze, co trzeba robić w społeczeństwie, to edukować ludzi plastycznie. To jest jedna z rzeczy, o których myślę najczęściej – że bardzo tego brakuje. Nie rozwija się wrażliwości u młodych ludzi. Jak przypominam sobie swoje lekcje muzyki, a kocham muzykę, to nie mogę określić tego inaczej niż „dno”. Jest tyle fenomenalnych rzeczy w muzyce, którymi się nie zaraża. Ludzie nie doceniają małych rzeczy, nie widzą faktur, nie zatrzymują się, żeby coś dostrzec. Trzeba uczyć tego małe dzieci, ale taka edukacja jest też możliwa u dojrzałych ludzi.

PP: Jesteście więc otwarci na to, żeby opowiadać ludziom o sztuce…

H: Tak, to jest super doświadczenie. Można sztukę tłumaczyć w prostych słowach. Przynajmniej w przypadku naszego malarstwa.

O: Tak jak podczas Nocy Otwartych Pracowni. Przyszło wielu ludzi, non stop rozmawialiśmy o naszych pracach i mieliśmy bardzo pozytywny odbiór. Wiedzieliśmy, że to do kogoś trafia, że to nie jest świat zamknięty. Z chęcią byśmy to powtórzyli.

 

Fotografie: Radek Zawadzki

Wywiad prowadziły: Małgorzata Herman i Karolina Malczewska
Autor i redakcja: Karolina Malczewska


Olga Szczechowska

www.olgaszczechowska.com
kontakt: olgu.szczech@gmail.com

Marcin Zaborski

marcinzaborski.tumblr.com/
kontakt: zaborski88@gmail.com

Henryk Zagórski

henryk-zagorski.tumblr.com
kontakt: zagorski.hen@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *