Na pograniczu sztuk – malarstwo w ceramice

Monika Skorupska przeniosła swoją pracownię do Warszawy rok temu, mniej więcej w tym samym czasie kiedy my ruszaliśmy z Projektem Pracownie. Już na pierwszych targach rzemieślniczych, na które trafiliśmy jako raczkująca wówczas inicjatywa, wpadły nam w oko piękne wyroby od Mosko Ceramics. Zaimponowały nam nietypowe kształty naczyń i ich złote wykończenie. Widywaliśmy się z ceramiczką praktycznie co kilka miesięcy na wydarzeniach związanych z rękodziełem i za każdym razem obiecywaliśmy sobie realizację wywiadu. Po roku (w końcu!) poznajemy historię Moniki i jej twórcze tajemnice.

Zamiłowanie rzemieślniczki do pracy z porcelaną zaczyna się jeszcze w liceum plastycznym. Natomiast historia marki Mosko Ceramics rozpoczyna się we Wrocławiu, gdzie Monika kończy studia na tamtejszym ASP i decyduje się na wynajęcie pierwszej pracowni. Decyzja o przeprowadzce do Warszawy jest wypadkową przypadku i pozytywnych zbiegów okoliczności, dzięki którym ceramiczka znajduje miejsce na warsztat przy ulicy Tarczyńskiej na Ochocie. Decyduje się na prowadzenie otwartej pracowni, w której oknach zobaczycie ozdobne naczynia, a wewnątrz pracującą rękodzielniczkę. Nieraz w codziennych obowiązkach asystuje jej chłopak. My odwiedzamy Monikę w środowe popołudnie.

Projekt Pracownie: Twoja ceramika jest niezwykle ozdobna. Obok użytkowych naczyń pojawiają się również m.in. porcelanowe niedźwiadki. Czy to, że wytwarzasz takie przedmioty, oznacza, że zauważasz potrzebę posiadania już nie tylko ceramiki użytkowej, ale także ozdobnej? Wracamy do czasu gablot z porcelanowymi dodatkami jak w domach naszych rodziców?

Monika: Obecnie powraca moda na rzemiosło, ludzie chcą mieć ręcznie wykonane rzeczy w domach. Świadomość ich wartości rośnie. A gablotki – ciekawe, że o nich wspominasz – chyba każdy z nas je pamięta. Prawda jest taka, że to były rzeczy, których wzory opracowywali projektanci współpracujący z fabrykami. To były porządne wyroby kupowane na prezenty ślubne lub wyjątkowe okazje. Stały w gablotkach, bo szkoda było je zniszczyć. Myślę, że dzisiejsi twórcy też słyszą takie opinie, że ktoś kupuje ich produkty, ale nie chce z nich faktycznie korzystać, woli je mieć w tej „gablocie”. Dla mnie to nie problem. Jeśli dla kogoś moja ceramika ma mieć jedynie walory dekoracyjne – w porządku, jeśli użytkowe – świetnie. Bazuję na formach, które z założenia są proste, wygodne, sprawdzone i ergonomiczne. Moje produkty to pretekst do tego, żeby pokazać kolory i malarstwo – mieć możliwość tworzenia za każdym razem niepowtarzalnych obiektów. A jaka ich funkcja jest dla kogoś najważniejsza, to indywidualna sprawa.


Zaczynałaś we Wrocławiu, jak porównałabyś rynek rzemiosła tam i w Warszawie? Czy tam również zauważalne jest zjawisko Nowej Fali Rzemiosła?

Uważam, że we Wrocławiu to zjawisko dopiero się rozwija. Na pewno można działać, jak wszędzie, za pośrednictwem internetu, i mam wrażenie, że wrocławski klient indywidualny szuka raczej innych wartości , ale to subiektywne odczucie. W Warszawie odbiorca jest zupełnie inny. Ludzie interesują się zdecydowanie bardziej tym, co mają w domach. Nie ukrywam, że mają też zasobniejsze portfele i to nie jest dla nich problem, żeby kupować wartościowe rzeczy.

Jak trafiłaś do Warszawy?

Przez kilku zbiegów okoliczności. Niegdyś mieszkała tu moja ciocia, w której mieszkaniu obecnie ja urzęduję. Kiedy nadarzyła się okazja na przeprowadzkę, postawiłam wszystko na jedną kartę i postanowiłam, że spróbuję tutaj. Także tę pracownię udało mi się znaleźć przypadkowo – to kolejny cud, spośród wielu, które towarzyszą mi już od roku. Miejsce na działalność znalazłam, kiedy jeszcze mieszkałam we Wrocławiu. Przeglądałam ogłoszenia w ochockim ZGN. Zrządzeniem losu znalazłam ten lokal, który jest niecałe 500 metrów od mojego mieszkania. Wszystko mówiło mi, że to znaki, których nie mogę bagatelizować.


Twoja pracownia we Wrocławiu była otwarta dla przechodniów tak jak ta?

We Wrocławiu miałam pracownię w typowej artystycznej komunie. To miało olbrzymie plusy, bo działały tam różne branże, ogromna wzajemna pomoc. Można było w każdej chwili zapytać kogoś, jak przypiłować to, przetopić tamto… Wiecie, taka wymiana myśli. To było rzeczywiście świetne i oczywiście czasem mi tego brakuje. Tego, że wychodzę na korytarz i spotykam inne osoby, które tworzą. W tej chwili mogę natomiast w pełni skoncentrować się na własnym działaniu. Mam całkowicie indywidualną przestrzeń, dobrze się z tym czuję. Zdecydowana większość ludzi, która tu trafia, rzeczywiście się tym interesuje. Wracają, kupują, przychodzą ze znajomymi i rodziną. Zanim wstawiłam tu regały i narzędzia, zasłaniałam żaluzję, żeby nieco się osłonić. Teraz już nie czuję takiej potrzeby. Poza tym to miejsce jest bardzo blisko mojego mieszkania, więc to ogromna wygoda. We Wrocławiu dojeżdżałam codziennie do pracowni 15 km na rowerze – przez 4 lata! Wtedy myślałam sobie: „kurczę, zasłużyłam sobie na warsztat blisko domu” (śmiech).


Czytałam, że inspiruje Cię japońska kaligrafia i Twoje otoczenie. Na jednym z naszych pierwszych spotkań powiedziałaś, że bazą do jednej z filiżanek była zakrętka od bitej śmietany… Co definiuje to, jakie jest Mosko Ceramics?

Najmocniej otoczenie. To, że widzę kształty i ich zastosowanie, które jest inne niż pierwotnie. Tak jak w przypadku tej zakrętki od bitej śmietany – to jest kształt, który ludziom kojarzy się pozytywnie, bo większość lubi ten smakołyk. Kojarzy się z dzieciństwem, smakiem, słodyczą. Dla mnie to stanowiło sygnał, że ten kształt musi się jeszcze do czegoś przydać. Jego forma jest bardzo fajna, bo ma wszystko, czego potrzebuje filiżanka do espresso: idealną pojemność i rant, który jest świetny do smakowania. Tego na pierwszy rzut oka nie widać. Dużo rzeczy nabywam na pchlich targach i nadaję im nowe życia. Czasem to są fragmenty różnych przedmiotów. Duże filiżanki powstały na bazie kloszy od lampy. Podobnie jeden z moich wazonów powstał na podstawie przedmiotu kupionego za 5 złotych na targu. Najpierw odtworzyłam go w rzeczywistych rozmiarach w gipsowej formie, ale czułam, że większy robiłby lepsze wrażenie – był tym, czego szukałam. Za pomocą drukarki 3D stworzyłam duży model i wprowadziłam ten wzór do oferty. Często korzystam z druku 3D do prototypowania.

Niemniej, nie tylko to definiuje Mosko. Wydaje mi się, że mam pewną nadwrażliwość na kolor. Dużo rzeczy to pretekst do pokazania barw. Wiem, że to nieustannie we mnie ewoluuje i mam pomysły na kolejne wzory. Chcę przenosić malarstwo na ceramikę. Zawsze dobrze czułam się w malarstwie, bo to totalna wolność. Mosko to wypadkowa dwóch moich pasji – ceramiki i malarstwa.


A japońska kaligrafia?

Od zawsze fascynował mnie gest. Nigdy nie uczyłam się kaligrafii, ale jestem bardziej wyczulona na grafikę, plamę, kształt. To właśnie ta inspiracja z kaligrafii: za pomocą jednego gestu i wygiętej linii jestem w stanie pokazać bardzo dużo emocji i piękna.

Twoja ceramika jest wykończona prawdziwym złotem, zgadza się?

Tak. To nie jest jakiś nowy pomysł. Złoto pojawia się w starych serwisach, w wyrobach z tradycyjnych fabryk. Złocenie porcelany to technika stosowana od setek lat. Ja zdecydowałam się ją odświeżyć. Nie tylko podnosi ona wartość produktów. Samo korzystanie z niego – dzięki szlachetnym materiałom – staje się rodzajem pewnej ceremonii. Kupuję to złoto w mennicy albo sprowadzam z zagranicy w buteleczkach.

Buteleczkach? Wyobrażaliśmy sobie, że masz tu sztabki złota i je przetapiasz, a potem to wszystko wlewasz do naczyń… (śmiech)

Piękna wizja, ale nierealna (śmiech). Aby złoto błyszczało w ten sposób, musi być nałożone bardzo cienko. Konsystencja złota jest zbliżona do płynnego miodu i dlatego nakłada się je za pomocą pędzla. To trudna sztuka, bo gdy nałożymy za cienką warstwę, zielenieje i robią się przejrzystości, a gdy warstwa jest zbyt gruba – matowieje. To drogi surowiec. W buteleczce jest około 20 gram, zawartość czystego złota to 10–12%, a koszt to koło 600 złotych.

A masz inny, droższy surowiec, którego chciałabyś spróbować?

Droższy niż złoto? Raczej nie, ale chciałabym sięgnąć po inne materiały np. takie jak korund. To jest masa wypalana w dużo wyższej temperaturze niż porcelana. Ma zupełnie inne właściwości, zbliżone do szkła. Niestety do jej wypału potrzebne są już warunki fabryczne, tj. piece gazowe i wypał redukujący obecność tlenu. Kiedyś planowałam też wyklejać filiżanki kryształkami (śmiech), ale wtedy wartość naczynia byłaby znacznie wyższa niż tego ze złotym wykończeniem (śmiech).

Wiem, że używasz barwionej porcelany.

Dokładnie, barwię porcelanę u siebie. Od razu wiedziałam, że moje naczynia nie będą białe. Ten kolor aż prosił się, żeby go upaćkać (śmiech). Kupuję francuską porcelanę w proszku i rozrabiam ją z wodą. Ona nie jest krystaliczną bielą, ale przy moich produktach nie muszę się tym przejmować, bo zawsze zmieniam jej kolor. Dodaję odpowiedni pigment. Po kolorze masy już mniej więcej wiem, czy będzie ona jasna, czy ciemna. Jestem takim punkiem (śmiech). Nie odważam setnych grama, żeby odcień wpadał w jakieś przedziały. Bawię się tym, robię to na wyczucie. W czasie odlewania formy tworzę wzory, za każdym razem nowe i niepowtarzalne. Nie mogłabym wykonać w taki sposób dwóch identycznych naczyń. To moje wariacje twórcze.

Na półce stoi też naczynie, które było chyba zdobione inną techniką – wygląda, jakby było postemplowane?

To ciekawa technika – kalkomania, wykonywana w tradycyjny sposób. Kojarzycie tatuaże, które wycinało się z papieru, moczyło i naklejało na ręce? To działa na podobnej zasadzie. Nadruk jest robiony farbą, którą wypala się w piecu. Nakłada się dokładnie w ten sam sposób. Chciałabym do tego wrócić, bo to supermetoda na zdobienie naczyń. Mam już nawet kilka pomysłów na wzory, ale na razie leżą i nabierają mocy urzędowej (śmiech).

Większość Twoich naczyń jest matowa. Dlaczego rezygnujesz ze szkliwienia? Szkliwiona porcelana cieszy się sporą popularnością.

Kolejne przyzwyczajenie. Przy kolorach, z którymi najczęściej pracuję, szkliwo nie wygląda dobrze. Według mnie matowa wygląda dużo szlachetniej. Jest bardziej organiczna.

Opowiedz więcej o porcelanowych niedźwiadkach – skąd pomysł na wprowadzenie ich do oferty? Na jednej z imprez targowych znikały błyskawicznie.

Sama do końca nie rozumiem ich fenomenu (śmiech). Może wynika on z faktu, że są rzeźbione w porcelanie, a nie powstają z formy. Inspiracją do ich powstania była starożytna celtycka rzeźba kultowa znajdująca się na szczycie Ślęży koło Wrocławia przedstawiająca Niedźwiedzicę-Matkę. To jest jej interpretacja. Niedźwiadki były ze mną od początku. Czasem znikają, ale potem znowu wracają (śmiech). Robienie zwierzaków to zupełnie inna bajka, zupełnie inaczej się je tworzy.

Podobnie jest z ruchomymi zabawkami w formie misia. Robię ich niewiele, bo ich przygotowanie wymaga sporo czasu i użycia innych materiałów – każdy składa się z pięciu elementów, które trzeba precyzyjnie wyszlifować i połączyć stalowym drutem. Z misiami wiąże się też zabawna historia. Moja klientka szukała prezentu dla znajomego mężczyzny, który – jak twierdziła – ma wszystko. Miś okazał się prezentem idealnym. Do dziś miś jeździ z obdarowaną osobą po całym świecie, a klientka pokazała mi jego zdjęcia różnych zakątków i sytuacji. Z czasem stworzyłam na specjalne zamówienie damską wersję misia, w kostiumie kąpielowym – stworzyli idealną parę (śmiech). A wiecie, do jakiego bohatera nawiązują te misie? Na pewno kojarzycie! To była kiedyś bardzo popularna zabawka, odlana z żółtego plastiku. Miał łapki mocowane na gumkach, był powszechnie dostępny… A na imię było mu „Plastuś” (śmiech).

Mówiłaś, że klienci wracają, ale czy wracają i za każdym razem kupują coś nowego? Czy raczej kompletują zastawę?

Są i tacy, i tacy. Ostatnio miałam klienta, który przyszedł z płaczem, bo parę dni wcześniej zakupił kilka rzeczy. To był fascynat rzemiosła, bo mówił, że kupuje tkaniny, obrazy… Przyszedł i mówi: „Wszystko potrzaskałem…”. Chyba robił imprezę w domu i ktoś wpadł na regał… Oczywiście dla mnie to super, bo przyszedł i znowu kupił moje produkty (śmiech).

Widujemy Cię na targach. Jesteś na platformach sprzedażowych. Którą formę sprzedaży uważasz za najbardziej skuteczną?

Każda forma, która przynosi efekty, jest dobra. Sprzedawanie przez internet jest równie opłacalne, jak sprzedawanie tutaj. To są te same pieniądze… Osobiście wolę porozmawiać z ludźmi. Tutaj oni wchodzą, widzą, jak coś powstaje. To taki element pewnej zaczepki. Mogę z nimi porozmawiać, wytłumaczyć im cały proces. Często moi goście w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, ile pracy jest w to włożone. To buduje klienta, jest bardziej przekonany do zakupu. Bezpośrednia sprzedaż jest przyjemna. Z niektórymi osobami ponawiązywałam nawet przyjaźnie (śmiech). Ludzie czują, że robię rzeczy z sercem – w każdym przedmiocie znajduje się kawałek mnie. To nie kolejny, identyczny kubek, ale unikat i radość w czystej postaci. Masz część tej radości, weź ją do domu! Płatność gotówką lub kartą płatniczą… (śmiech)

Zastanawiałaś się, co dalej? Chciałabyś rozbudować ofertę o inne rzemiosła? Zatrudnić pracowników? Zostać firmą hand-made’ową?

Lubię trzymać rękę na pulsie, mieć kontrolę nad tym, co robię. Sprzedaję swoją pracę, a nie odtworzoną przez kogoś innego. To dla mnie bardzo ważne. Sprawia mi to przyjemność i póki co, chcę to robić sama. Na etapie retuszu czasem pomaga mi Darek, mój chłopak. To przynosi pewną ulgę, szczególnie w bardzo pracowitych okresach… Ale nie widzę tego jako dużej firmy. Tym bardziej, że nie taki jest cel. Chciałabym utrzymać poziom, a gdybym poszła w ilość, pewnie straciłabym autentyczność.

Udało Ci się zarazić partnera miłością do ceramiki?

Tak! I okazało się, że świetnie sobie radzi! Dwa lata temu zimą miałam bardzo dużo pracy i nie dawałam rady, a u niego akurat zawodowo było spokojniej, więc sporo mi pomagał w pracowni. On ma bardzo duże wyczucie manualne i anielską cierpliwość – co prawda wykonuje pewne czynności cztery razy dłużej niż ja – ale za to jak dopieszcza każdy szczegół (śmiech)! A ceramika bywa kapryśna! Teraz, z racji tego, że w związku z pracą ciągle jest w rozjazdach, postanowił studiować toczenie na kole garncarskim… na YouTubie!

Ceramika bywa kapryśna – a co jest w niej takiego kapryśnego?

Porcelana jest pamiętliwa i bywa kapryśna, szczególnie kiedy zdarzają się zlecenia „na ostatnią chwilę” . Wtedy często pojawiają się problemy. Dostałam kiedyś bardzo ciekawe zlecenie, z morderczym deadline’em. Po dokładniejszym rozeznaniu pewnie nie zgodziłabym się na takie warunki, ale skusiły mnie finanse. O tym, co tam się działo, wie tylko mój chłopak (śmiech). Co ciekawe, w tym przypadku nie udawały się zabiegi, które wcześniej z powodzeniem robiłam wielokrotnie. Jeśli nie masz czasu na próby i testy… nie igraj z porcelaną! (śmiech).

Czujesz się częścią społeczności warszawskich rzemieślników? Brałaś udział w spotkaniu z ceramikami w Między Nami w zeszłym roku. Nie czujesz, że pracowni ceramicznych jest coraz więcej i pojawia się współzawodnictwo?

Chciałabym stać się częścią warszawskich rzemieślników i fajnie, gdyby było coraz więcej takich wydarzeń. Teraz spotykamy się głównie na targach, a tamto wydarzenie w Między Nami organizowały dziewczyny z August Design Studio. Widziałam, że chciały pokazać bardzo zróżnicowane produkty i to było super. Działało na korzyść dla wszystkich – twórcy zorganizowali coś dla innych twórców. To była świetna akcja!

Współzawodnictwo – zwłaszcza w takich branżach – jest niezdrowe. Nie oszukujmy się: tworzący ludzie mają swoje ego i będzie się zdarzało, że w innych produktach zobaczą coś podobnego do swoich. Zwłaszcza w przypadku ceramiki mogą powstawać nawiązujące do siebie stylistycznie naczynia. Coś podobnego mogło powstać już w Stanach Zjednoczonych albo we Francji. Ja nie czuję, że muszę z kimś konkurować. To zależy, jak podchodzisz do swojej działalności – czy to tylko interes, praca, produkt obliczony na zysk, czy pasja.

Ja w tej chwili jestem na bardzo naturalnym etapie. Zaspokajam potrzebę na moje prace i mam świadomość, że ponieważ to relatywnie kosztowne rzeczy, wiem, że nie będzie to nigdy produkt masowy. To nigdy nie było założenie mojego działania. Ten pierwszy, eksperymentalny rok w Warszawie pozwolił mi na to, żeby poczuć, że faktycznie mogę się z robienia ceramiki utrzymać, raz do roku pozwolić sobie na urlop i mieć z tego cały czas przyjemność. To nie jest forma roboty, płaczu, umęczenia. To jest szczęście, że żyję z tego, co lubię – nadal moja pasja, nie tylko moja praca.

Zobacz wideo z pracowni na naszym kanale YouTube:

Fotografie w tekście: Karolina Lewandowska
Wideo z pracowni: Radek Zawadzki
Rozmowa i tekst: Małgorzata Herman (za pomoc w przygotowaniu materiału dziękuję Robertowi Liwackiemu!)
Redakcja: Karolina Malczewska


Mosko Ceramics


ul. Tarczyńska, Warszawa
projekt.mosko@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *