Stolarski small biznes z Pragi

Okazją do pierwszego spotkania z Kubą Przyborowskim jest dla nas premiera Mapy Rzemieślników, przygotowanej przez Miasto Jest Nasze. Z Andrzejem Dobrowolańskim poznajemy się później, w czasie urodzin Pańskiej Skórki w „PM na Trawie”, na terenie osiedla Jazdów. Nasza znajomość z duetem stolarskim Dobrowolański Przyborowski ma nieco inny przebieg niż większości relacji zawieranych przy okazji zdobywania kontaktów do Projektu Pracownie. Przede wszystkim dlatego, że umawiamy się na wywiad do ich stolarni przez ponad pół roku, chociaż prywatnie nasze ścieżki przecinają się dosyć często. Panowie polecają nam innych rzemieślników, informują o problemach lokalizacyjnych, ale do zaprezentowania własnej działalności podchodzą z dystansem.

Każde spotkanie z młodymi stolarzami z Pragi obfituje w anegdoty o ich fachu i społeczności z Podskarbińskiej. Kuba i Andrzej należą do grupy twórców zmuszonych do opuszczenia pofabrycznego terenu na Grochowie. Lokalizacja na Zabranieckiej 82 to ich trzecia wspólna pracownia. Rzemieślnicy dzielą przestrzeń z Dobrym Planem, innym duetem stolarskim, z którym prowadzili również poprzedni warsztat. W nowym miejscu panują przejmujące zimno i wilgoć. Styczniowa aura daje się wszystkim we znaki. Cały wywiad ogrzewamy się przy niewielkim piecu wolnostojącym i popijamy gorącą herbatę.

Projekt Pracownie: W Waszym poprzednim warsztacie było cieplej niż tutaj. Zadomowiliście się już po przeprowadzce?

Kuba: Tam było zupełnie inaczej. Kiedy tutaj przyjeżdżam, nadal czuję się gościem, nie gospodarzem. Na tym terenie działają już inne firmy, które znają się od lat. To „tubylcy”, tworzą małą społeczność. My dopiero się tu pojawiliśmy, jesteśmy trochę obok.

Andrzej: Ja spędziłem na Podskarbińskiej ponad 5 lat – w różnych pracowniach. Atmosfera, która tam panowała, była niepowtarzalna. Czuliśmy się tam „u siebie”. Tutaj chyba aż tak się nie zadomowimy. Nie wiemy, jak długo tu będziemy, i mamy poczucie tymczasowości…

K: Chyba nawet nie chcielibyśmy się aż tak zadomawiać. Żeby potem nie było żal – jak z Podskarbińską.

A: Zawsze przeprowadzamy się w zimę. Okropne.

PP: Poznaliście się w czasie pracy z Czterech Deskach? Co robiliście wcześniej?

K: Ja wcześniej byłem na stażu w Instytucie Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa. Już po dwóch tygodniach wiedziałem, że nie będę chciał nigdy pracować w ten sposób (śmiech). Siedzenie za biurkiem nie jest dla mnie. Chciałem robić coś innego i pomyślałem o drewnie, bo wydawało mi się, że to będzie sympatyczna perspektywa. Zacząłem szukać stolarni, która przyjmie mnie na praktyki, i tak trafiłem do Pitera z Czterech Desek, gdzie poznaliśmy się z Andrzejem.

A: Ja chyba zaczynałem w Toruniu… W czasie mojej tułaczki (Andrzej pochodzi z Radomia – przyp. red.), przeprowadziłem się tam i zacząłem pracować. To była stolarnia z książki. Tam było jak w książce, czułem się, jakbym ją czytał. Szedłem do pracy przez las, wstawałem o 5 rano albo i wcześniej, żeby dotrzeć na miejsce…

K: Andrzej był jak bohater książek Hemingwaya (śmiech).

A: …potem budowałem domki z drewna. Zawsze czułem się dobrze w fizycznej pracy.

K: Może po prostu źle czułeś się w intelektualnej?

A: Ależ skąd! Myślę, że w intelektualnej poradziłbym sobie wyśmienicie! Potem przyjechałem do Warszawy i okazało się, że jestem po prostu świetny (śmiech)! Niestety często zmieniałem pracę, powodem był konflikt charakterów. Przed Czterema Deskami pracowałem w innych stolarniach i ramiarni, wykorzystujących techniki konserwatorskie, oraz w płyciarniach. W czasie pracy u Pitera poznałem Kubę.

PP: Jakie było Wasze pierwsze wspólne zlecenie?

K: Wszystko zaczęło się od wystawy w Galerii Raster. Organizowano tam wydarzenie o rzemieślnikach działających na terenie Śródmieścia. Przygotowaliśmy meble wystawiennicze. Potem rozpoczęła się nasza współpraca z Wojtkiem Tomaszewskim, Kasią Schudy i Magdą Popińską. Powstał Kolektyv.

PP: Opowiedzcie więcej o tej inicjatywie.

A: Chcieliśmy zrobić markę. Pracowaliśmy na gotowych projektach Kasi, Magdy i Wojtka.

K: Szybko zauważyliśmy, że chociaż mieliśmy bazę gotowych projektów, prawie zawsze klienci chcieli dokonywać w meblu modyfikacji. Projekty Kolektyvu stały się dla nas wyznacznikiem stylu, w którym się obracamy. Najwięcej mieliśmy zamówień na meble customowe. Wojtek, Kasia i Magda „doprojektowywali” dużo rzeczy, wysyłali klientom kilka propozycji. To było super, bo mogliśmy zaproponować bardzo indywidualne podejście. Ta współpraca była dla nas zadowalająca. W którymś momencie Wojtek miał w notatniku wypisane frezy, jakie mamy na warsztacie. Wiedział, jakie rozwiązanie powinien zastosować, żebyśmy mogli wykonać projekt od ręki. Możemy powiedzieć, że Kolektyv był wtedy jednym z naszych głównych źródeł utrzymania… ale mieliśmy też dodatkowe, mniejsze zlecenia.

Romantyczne stolarskie podrygi

PP: A jak to wygląda teraz? Wy projektujecie meble? Jak trafiają do Was klienci?

K: Najczęściej trafiają do nas osoby z gotowym projektem albo z pakietem zdjęć inspiracyjnych. Raczej nie przychodzą klienci z luźną wizją. Meble drewniane są dosyć drogie, więc nabywcy, którzy w nie inwestują, często wiedzą, czego chcą, zanim trafią do wykonawcy.

A: Czasem pojawia się ktoś, kto chce z nami podyskutować o możliwych rozwiązaniach. To bardziej rozmowa z kartką w ręku niż projektowanie.

K: Ludzie trafiają do nas przede wszystkim z polecenia. Fanpage na Facebooku jest naszym portfolio.

A: …a w ogóle, wracając do tego, jak wszystko się zaczęło…

K: …podróże w czasie Andrzeja (śmiech).

A: Ja zrobiłem wtedy z Rudym (Kuba Stańczyk – przyp. red.) z Dobrego Planu meble do muzeum. Właśnie od tego się zaczęło. Potem była wystawa w Galerii Raster, typowa nocna robota. Zrobiliśmy wszystkie elementy w ciągu jednej nocy! Doskonale to wtedy zorganizowałem (śmiech).

PP: Ile czasu zajęło Wam skompletowanie własnego warsztatu? To Wasz wspólny sprzęt?

A: Jakieś trzy miesiące. Wszystko kupiliśmy. Za pieniądze! (śmiech)

K: Mamy taki system, ponieważ życie jest nieprzewidywalne i nie wiemy, czy będziemy ze sobą pracować zawsze, że raczej nic nie kupujemy wspólnie. Andrzej kupił maszyny, ja elektronarzędzia. Zrzuciliśmy się jedynie na wyciąg i kozę do ogrzewania. Wiecie, tak na wypadek konfliktu charakterów (śmiech).

A: Kupienie maszyn i elektronarzędzi trwa, zwłaszcza że te, z których korzystamy, były kupowane w Austrii i Bułgarii. Pamiętam, że pierwsze zamówienia robiliśmy na podłodze.

K: Tak! Formatowaliśmy płytę wyrzynarką na rolkach papy, którą kupiliśmy, żeby załatać dach!

A: To były takie nasze pierwsze romantyczne podrygi. Niesamowicie fajne. Człowiek był bardzo zmotywowany. Nie mając nic, wszystko ogarniał w kilka godzin!

PP: Jakie są zalety pracy w duecie w stolarstwie?

A: Na przykład takie, że ja sam ostatnio nie mogłem skończyć stołu, bo nie byłem w stanie go unieść (śmiech)!

K: W pracy stolarza często musisz coś wnieść, podnieść, pociąć trzymetrową deskę. Druga osoba jest potrzebna przede wszystkim do pomocy. Poza tym często, kiedy coś Ci nie idzie, strasznie się na tym fiksujesz i druga osoba może Cię uspokoić. Chyba że obaj popadamy w paranoję (śmiech). Wtedy jest gorzej.

PP: Które z realizowanych projektów uważacie za najciekawsze? Najlepiej Wam się przy nich pracowało? Były największym wyzwaniem? Na Waszym fanpage’u widzieliśmy szafkę kuchenną z ledowym oświetleniem…

K: Kiełkownik. Ten mebel był pracą magisterską dziewczyny z ASP – Aleksandry Rycembel – pt. „Zielona wyspa”. Szafka miała umożliwiać przechowywanie ziół, owoców, warzyw czy kiełków. Bardzo ciekawy projekt. Z jednej strony był to mebel wolnostojący, na kółkach, ale z drugiej strony miał wysokość standardowej szafki kuchennej, więc mógł funkcjonować również w zabudowie. Całość wykonana z jesionu. Zastosowaliśmy w nim wiele rozwiązań wymagających sporo pracy koncepcyjnej… Projekt Oli był bardzo ciekawy, a my musieliśmy przełożyć go na konkretne wymiary, z wykorzystaniem rekomendowanych rozwiązań. Szuflady łączone na wpusty, dużo szkła, umiejscowienie światła i akumulatorów do niego. Pracowaliśmy nad tym zleceniem we dwóch i zajęło to około dwóch tygodni. Ja dobrze wspominam też dwa dębowe ekspozytory wystawowe dla Poli Dwurnik. Długie nogi ustawione pod delikatnym kątem. Na górze były lustrzane blaty wpuszczony w drewno.

A: Ja bardzo lubiłem biurka, które robiliśmy. Z orzecha włoskiego i dębu. To były superprojekty i świetnie nam się przy nich pracowało. Pamiętam, że przy tym biurku z orzecha mocno musieliśmy się nagłowić. Staliśmy przy pile taśmowej i zastanawialiśmy się, jak odpowiednio wykonać cięcia. Tam było dużo zaokrągleń, każda krawędź była inaczej fazowana, pod specyficznymi kątami. Niesamowita praca! Zrobiliśmy też piękną kuchnię w stylu angielskim. Do dzisiaj wszystkiego nam nie zapłacili (śmiech).

PP: A jak oceniacie poziom stolarstwa w Warszawie? Macie dużą konkurencję? Jak oceniacie swoje ceny w porównaniu do innych warsztatów stolarskich?

K: Uważam, że stolarze, których znamy, robią bardzo jakościowe i ciekawe rzeczy. Wszyscy chcemy podnosić poziom z każdym kolejnym zleceniem. Chłopaki z Dobrego Planu czy Piter z Czterech Desek działają tak jak my. To bardzo motywuje do rozwoju, żeby kolejny raz zrobić coś jeszcze odrobinę lepiej. Na Podskarbińskiej najbardziej podobało mi się to, że kiedy pojawiała się wątpliwość, jak coś rozwiązać, mogłem podpytać o radę innych działających na terenie stolarzy.

A odpowiadając na Wasze pytanie: podzieliłbym rynek na dwie grupy. Są rzemieślnicy, którzy robią świetne rzeczy, ale w ogóle się z tym nie afiszują. Mają znajomości i dzięki temu nie narzekają na brak pracy, ale są anonimowi. Druga grupa to osoby, które spotykamy na Targach Rzeczy Ładnych – nieco zaklinające rzeczywistość. Tam wystawia się niewielu rzemieślników, którzy faktycznie wykonują meble. Większość to osoby projektujące, które nigdy nie trzymały piły w rękach. Zauważam też, że na takich imprezach jest mało innowacyjnych projektów. Wszyscy bazują na trendach. Na każdym stoisku stoją stoły w stylu duńskim z tak samo obrobionymi nogami, krawędziami na 45 stopni. Brakuje na rynku czegoś nowego. A my chcielibyśmy robić oryginalne i wysokojakościowe rzeczy. Najlepiej tylko z drewna.

A: Nigdy nie porównujemy swoich cen z innymi stolarzami. My mamy podejście materiałowe, swoje standardy. W ogóle mnie to nie interesuje, jak wycenia coś inny stolarz.

PP: Jak czujecie się z prowadzeniem własnego biznesu? Nie wolelibyście pracować w wielkiej fabryce meblarskiej? Ten rynek w Polsce jest dosyć mocny.

K: Wolę pracować dla siebie niż dla kogoś.

A: Sytuacja w Polsce jest taka, że wiele osób jest zmuszonych do założenia firmy, a co za tym idzie, każdy ma swoje stresy związane z prowadzeniem small biznesu. Oczywiście można pracować w wielkiej fabryce, a ambicje realizować w przydomowym warsztacie. Jednak kiedy pracujesz na swoim, masz większy wpływ na sytuację, w jakiej się znajdujesz. To jest problem rynku. Nie ma umów o pracę, tylko o dzieło… Wszyscy wiemy, jak jest.

K: Ma się większą swobodę. Kiedy potrzebujemy więcej czasu, możemy spokojnie porozmawiać z klientem i wyjaśnić, z czego to wynika. Oczywiście czasem trzeba popracować w niedzielę. Albo nie mieć urlopu. Przez ostatnich kilka lat (śmiech).

A: Ja byłem na urlopie w 2016 roku. Tydzień. Na Mazurach. Było świetnie (śmiech).

PP: Nie chcieliście założyć z innymi stolarzami czegoś na wzór dawnych cechów rzemieślniczych?

K: Nigdy nie myśleliśmy o cechu. Żartowaliśmy na temat spółdzielni stolarskiej.

A: Anarchistyczna Spółdzielnia Stolarska, był taki plan! (śmiech) Moglibyśmy coś takiego stworzyć, ale w sumie i tak działamy na zasadach takiej wspólnoty. Dzielimy przestrzeń, mamy wspólny park maszynowy. Każdy robi swoje zlecenia.

PP: Co macie teraz na warsztacie?

A: Ja robię stół i mam do skończenia całe mieszkanie – szafy, kuchnię.

K: Ja dostałem potwierdzenie na szafki kuchenne. Będę też robił prototypy pod bloki na noże. W tej chwili każdy z nas ma zamówień na zapas, ale jeszcze nie doszliśmy do momentu, w którym możemy je wybierać. Ten fach charakteryzuje się klęską urodzaju albo klęską nieurodzaju. Czasem nie masz roboty, wtedy ktoś się odzywa, więc cieszysz się, że możesz działać. Potem dzwoni jeszcze siedem osób i niestety nie masz jak wziąć wszystkich zamówień. W grę wchodzą tylko odległe terminy. Patrzysz, jak uciekają bardzo fajne projekty.

PP: A co, gdyby nastąpiła klęska nieurodzaju?

K: Ja bym obdzwonił znajomych projektantów.

A: Ja też. Wiedziałbym, czego szukać, ale Wam nie powiem (śmiech).

PP: Chcielibyście robić głównie designerskie projekty z drewna… A z którym gatunkiem pracujecie najczęściej? Obróbkę którego drewna najbardziej lubicie?

K: Nie lubię słowa „designerskie”.

A: A ja nie lubię słowa „pieczywo” (śmiech).

K: Najczęściej pracujemy z dębiną. Dąb jest kruchy, bardzo się szczypie, tzn. łatwo odłamują się od niego spore kawałki przy struganiu.

A: Ja namawiam klientów na jesion. Jest bardzo fajny do obróbki, dosyć twardy, ale plastyczny. Ładnie się klei. Polecam też drewno wiązowe, bo dobrze wykończone jest po prostu piękne!

K: Orzech, amerykański orzech też jest świetny. Bardzo dobrze się obrabia, przyjemnie frezuje, bo ma drobniejsze włókna.

PP: Ingerujecie w naturalny kolor drewna?

A: Z bejcą wiecznie są problemy, bo my jesteśmy przewrażliwieni. Zawsze mnie ponosi wyobraźnia. Wiecie, bejca, prosta sprawa. Kładziesz dwa albo trzy razy, już. A ja zaczynam ją cieniować, kombinować, żeby klientowi się bardziej podobało, a potem się zastanawiam, jak w zasadzie miałbym uzyskać ten kolor na wielkiej powierzchni (śmiech).

K: Mnie zawsze zastanawia, jak to możliwe, że klienci nie widzą zaślepek. My przy wszystkich projektach planujemy mebel w taki sposób, żeby wkręty nie były w widocznych miejscach, ale jednak czasem one tam są. A klienci w ogóle ich nie zauważają. My nieraz strasznie panikujemy, że musimy je gdzieś umieścić, a tu nic. Te zaślepki są dla nich niewidzialne!

PP: Kuba kiedyś opowiadał nam o wypadkach w pracowni…

A: Tak, Kuba wbił sobie kiedyś dłuto w dłoń, śpiewając piosenkę Wilków „Cień w dolinie mgieł” (śmiech).

K: Dłutowałem w stronę ręki i skończyło się na pięciu szwach. Każdemu zdarza się ten błąd! Chociaż raz. Szybko wróciłem ze szpitala do warsztatu i pracowałem dalej. Bardziej niebezpieczny był wypadek Andrzeja! Odskoczyła mu frezarka – to czasem się dzieje, jak frezuje się na krawędzi i zostanie pobrane zbyt dużo drewna. Wkręciło mu dwie bluzy! Ubranie uratowało mu życie!

PP: Czyli dobrze, że w tych warsztatach jest tak zimno (śmiech).

A: Teraz mamy profesjonalne skórzane fartuchy!

PP: Nie myśleliście o wprowadzeniu do oferty stałego produktu, który zapewniłby Wam stałe zlecenia?

A: Fajnie byłoby mieć element produkcji stałej. Zagwarantowałby nam stabilizację, ale to musiałby być dobrze dopracowany produkt. Jedyna droga do sukcesu w small biznesie. Może stoliki kawowe? Musimy się zastanowić.

PP: Czy chcielibyście jeszcze coś opowiedzieć czytelnikom Projektu Pracownie?

K: Fajne jest takie specyficzne słownictwo, którego używamy w warsztacie. Na przykład zamiast mówić „dziura”, mówimy „dziurwa”, zamiast „podaj zawias” – „podaj zawiasę”. Często „przewiercamy coś na przewylot” (śmiech).

PP: A czego byście sobie życzyli w nowym roku?

A: Ciepłego i suchego warsztatu. 200 metrów na czterech – z Dobrym Planem – by nam wystarczyło.

Zobacz wideo z pracowni na naszym kanale YouTube:

Fotografie i materiał wideo: Radek Zawadzki
Ilustracje: Weronika Reroń

Wywiad prowadziły: Małgorzata Herman i Karolina Malczewska
Autor: Małgorzata Herman
Redakcja: Karolina Malczewska


Dobrowolański Przyborowskiul. Zabraniecka 82, 03-787 Warszawa
Andrzej Dobrowolański 531 316 900, andrzej.dobrowolanski@gmail.com
Jakub Przyborowski 692 413 280, przyborowski.jakub@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *