Stolarskie rzemiosło dla zuchwałych

Z pracownią stolarską Cztery Deski pierwszy raz stykamy się podczas premiery Mapy Rzemieślników Pragi Południe. Marta jest jedną z osób opowiadających o Nowej Fali Rzemieślnictwa i społeczności wytwórców z Podskarbińskiej 32/34. Po części oficjalnej razem z Martą, Piotrem i grupą rzemieślników ze starej fabryki amunicji wybieramy się do Oparów Absurdu, gdzie dalej dyskutujemy o ich sytuacji. Aktualne pracownie to tylko kwestia czasu, deweloper rozpoczął rozbiórkę Podskarbińskiej, a w jej lokatorach jest ogromny żal – przede wszystkim po ludziach, z którymi dotychczas dzielili wspólną przestrzeń. Zastanawiają się, co dalej, mają nadzieję na wsparcie ze strony miasta. Pojawiają się pierwsze głosy o Młynie Michla i Praskim Domu Rzemiosła, który ma w nim powstać. Wtedy kiełkuje nam w głowach pomysł na stronę poświęconą współczesnemu obliczu rękodzieła. Kiedy grupa rzemieślników z Podskarbińskiej postanawia zorganizować Noc Otwartych Pracowni, nasza relacja z Martą się zacieśnia. Zostajemy wprowadzone do kolejnych warsztatów, poznajemy rzemieślników i artystów z terenu.

Po kilku tygodniach Marta zaprasza nas do Czterech Desek. Tamten wieczór jest przełomowy – Projekt Pracownie staje się faktem. Wtedy poznajemy Miłkę (foto w PP), Weronikę (ilustracje), dogadujemy się z Magdą (foto). W kilka godzin razem z zebranymi przy stole osobami wymyślamy nazwę przedsięwzięcia. W ten sposób Marta Kwintal i Piotr Domański stają się rodzicami chrzestnymi naszej strony. Ich stolarnia to nie tylko miejsce, w którym projektują i wytwarzają meble, ale także przestrzeń, w której każdy może nauczyć się pracy z drewnem, z wykorzystaniem ręcznych narzędzi – w trakcie warsztatów Rzemiosło dla Zuchwałych.

Nigdy nie chciałem być stolarzem

Podczas wywiadu z Martą i Piotrem towarzyszą nam ich dwie córki. Kiedy pytamy Julkę, starszą z nich, czy podoba jej się to, co robią rodzice, z uśmiechem odpowiada, że bardzo. Sama już nie może się doczekać, kiedy będzie tak duża, żeby zbudować własną huśtawkę z pomocą taty. Siedzimy przed stolarnią, dookoła nas widzimy ruiny po budynkach na Podskarbińskiej. Kiedy chcemy rozpocząć wywiad, dziewczynki domagają się plecenia warkoczy.

Projekt Pracownie: Możemy zaczynać czy musisz się skupić, żeby zapleść warkocze?

Marta: Spoko, jestem matką (śmiech), możemy zaczynać.

PP: Trudno prowadzić wywiad akurat z Wami. Zwłaszcza Ty, Marto, jesteś współtwórcą idei naszej strony. Zacznijmy może standardowo – czyli jak wyglądał początek Czterech Desek. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Dlaczego Piotrek został stolarzem? Ty, z tego co wiemy, przebranżowiłaś się i uciekłaś z naszego podwórka (branża marketingowa – przyp. red.).

M: Tak, uciekłam i wprosiłam się tutaj. Nadałam pracowni Piotra nazwę, logo, założyłam profil na Facebooku. Na początku nie pracowaliśmy razem, tylko pomagałam mu prowadzić fan page’a, w czasie targów ogarniałam temat pod kątem marketingowym. Piotrek jest stolarzem z ojca, złotej rączki, który robił meble na wymiar. Podczas studiów pracował u niego, ale z tego co wiem, wtedy mu się to nie podobało. Upierał się, że nie będzie tego robił. Słyszysz? Mówię o Tobie!

Piotr: Tak, to wszystko prawda! Dorabiałem u ojca, bo tam zawsze było coś do zrobienia, ale długo miałem na siebie inne pomysły. Studiowałem prawo, pracowałem w firmie prawniczej, zacząłem studia operatorskie, robiłem sesje ślubne, a potem przez chwilę byłem w studiu fotograficznym. W którymś momencie pomyślałem, że trzeba się zająć czymś, na czym serio się znam, i tak wróciłem do pracy z drewnem. Moja pierwsza stolarnia była na Ratuszowej, miała 26 metrów.

M: Miała 26 metrów, a Piotrek realizował tam zamówienie na wyposażenie 120-metrowej kawiarni, z takim ogromnym barem!

P: Miałem 26 metrów pracowni, ale jeszcze 20 metrów korytarza! (śmiech). Potem awansowałem i pracowałem w 120-metrowej szklarni. Teraz jestem tutaj.

PP: A jakie są Twoje losy zawodowe, Marto, i jak trafiłaś do pracowni?

M: Robiłam w swoim życiu dużo rzeczy, zawsze marketingowych, ale w różnych miejscach. Potem urodziła się Julka i wiedziałam, że nie chcę już pracować dla kogoś. Moi rodzice zawsze pracowali dla siebie i dla mnie też naturalne było, że powinnam pójść w tę stronę.


PP: A czym zajmowali się Twoi rodzice?

M: Różnymi rzeczami, ale zawsze związanymi z produkcją. Teraz produkują meble.

PP: Też są stolarzami?

M: Po jakimś czasie zaczęli pracować z meblami. W swojej wczesnej młodości ojciec produkował, niegdyś popularne, gałki na skrzynie biegów w samochodach. W okresie PRL-u był producentem sitek. Rodzice mieli też cukiernię. Kolejnym biznesem były listwy przypodłogowe. Zawsze wchodzili w produkcję – trochę inne ideały niż my tutaj. Niemniej chodzi mi o to, że wyniosłam z domu przyzwyczajenie, że robi się różne rzeczy. Sama często zmieniałam pracę, bo łatwo gubiłam zainteresowanie bieżącymi tematami. Nienawidziłam powtarzalności, nie chciałam się wypalić. Czasem trudno się rozwijać, bo pracodawcy nie dają za bardzo takiej możliwości. Zdecydowałam, że chcę być kreatorem swojej pracy, a nie wykonywać narzucone polecenia. Jak Julka się urodziła, zaczęłam robić torty bezowe – nie chciałam, żeby tylko Piter przynosił do domu pieniądze. Wyglądało to tak, że pojawiałam się na targach śniadaniowych z bezami i ulotkami z namiarem do mnie. To było wszystko. Żadnej inwestycji. Facebook, logo zrobione przeze mnie w Photoshopie, a interes się kręcił. Bezpośredni kontakt z klientami całkiem wystarczał. W Czterech Deskach też długo tak działaliśmy.

PP: Piotrek, a Twój tata? Można powiedzieć, że był Twoim mistrzem?

P: Najwięcej uczyłem się od niego… Ale przecież nie tylko. Nie mieliśmy wszystkich maszyn, więc czasem musieliśmy poprosić inną stolarnię o pomoc. W finale bywało tak, że płaciłem komuś za to, że używałem jego maszyny, bo kiedy przychodziłem trzeci, czwarty raz, to wolałem sam pracować z materiałem. Wtedy zdobywałem najwięcej umiejętności.

M: Piter jest samoukiem. Często przyjmował zlecenia na konstrukcje, z którymi nie miał wcześniej do czynienia, bo to stanowiło największą mobilizację do nauki. Najszybciej rozwijasz się wtedy, kiedy stawiasz sobie trudne wyzwania. Teraz Piter sam uczy innych rzemiosła.

Jasny kierunek – tylko drewno

PP: I jak wygląda praca z Piterem?

M: Od początku widziałam, że on jest bardzo zdolny i nie wykorzystuje swojego potencjału. Piter w swojej pracy skupia się głównie na materiale. Uważam, że twórca znajduje się w bardzo trudnej sytuacji, kiedy działa sam i musi panować nad wszystkim. Faktury, rozliczenia – a jednocześnie projektowanie, wytwarzanie. Trzeba odpisać na maile, zająć się administrowaniem dokumentów. Takie duety jak nasz są dobre. My się podzieliliśmy. Od samego początku ja wzięłam na siebie kwestie organizacyjne i formalne, wizerunek Czterech Desek, a Piter – kreacyjne i wykonawcze. Razem chcieliśmy określić kierunek, w jakim ma zmierzać nasza firma. On na początku przyjmował przeróżne zlecenia, pracowało u nas siedmiu, ośmiu stolarzy. Z czasem postanowiliśmy zawęzić działalność i zrezygnowaliśmy ze wszystkich materiałów, które nie są drewnem. Co za tym idzie, zwolniliśmy zatrudnionych pracowników. Wszystko zaczęło się od naszej podróży do Maroko. Byłam wtedy w drugiej ciąży i zastanawialiśmy się, jakie są nasze cele. Czy nadal chcemy prowadzić stolarnię, zatrudniać ludzi, doglądać tematów. Staliśmy się rzemieślnikami, a nie właścicielami firmy, nasze produkty zyskały wyższe ceny, ale zaczęły do nas przychodzić bardziej świadome osoby zdecydowane na współpracę. Podjęliśmy decyzję, że chcemy pracować sami. Zaczęliśmy też prowadzić warsztaty stolarskie, bo uczenie sprawia Piterowi ogromną przyjemność.

PP: A realizacja zamówienia w Czterech Deskach? Jak to wygląda?

P: Często ludzie przychodzą do nas z wyobrażeniem o tym, jakiego produktu szukają. Co prawda na ogół pokazują nam kilka stołów, które im się podobają, i wszystkie wyglądają całkiem inaczej, więc niełatwo znaleźć kompromis. Wtedy przygotowujemy projekt, klient zgłasza poprawki, wysyłam nową wersję, podsyłam wycenę, zaczyna się dyskusja… (śmiech). A tak na serio niejednokrotnie trafiają do nas osoby, które widziały produkty na Facebooku i mają duże zaufanie do naszych możliwości. Najlepiej, kiedy ktoś jest przekonany o Twojej wiedzy i umiejętności – wówczas wystarczy tylko zarys koncepcji i możesz pozwolić sobie na pracę na żywym organizmie. To najlepsza sytuacja.

Przenosimy się do środka pracowni.

PP: A jak jest z projektowaniem?

P: Ludzie mogą zapłacić architektowi za zaprojektowanie wnętrza całego mieszkania, ale szkic pojedynczego mebla to ciężki temat. Kiedy ktoś przychodzi do Czterech Desek, może dotknąć drewna, z którego powstanie jego stół, to wiele ułatwia. Ważną rolę odgrywa design produktu, ogólny odbiór i funkcjonalność. Jest również grupa klientów, z którymi rozmowy są znacznie trudniejsze. To często osoby niezdecydowane, jaki efekt chcą osiągnąć. Jednocześnie nie mają aż tak dużego zaufania do mnie jako twórcy. Wtedy rusza machina, projekt, poprawki, projekt, poprawki, zmiana koncepcji. To wszystko jest czas, którego nie wycenia się dodatkowo – zazwyczaj kilka wieczorów przy komputerze. Nieraz kończy się tym, że kiedy już masz zaakceptowaną koncepcję, na mail z wyceną nikt nie odpowiada. Prawdę mówiąc, gdy widzę, że klient jest wymagający, że może być wiele dyskusji, wolę uczciwie wycenić projekt. Mieliśmy kiedyś taką sytuację, że wykonałem projekt pawilonu lodziarni. To był ogrom pracy. Na etapie wyceny rozmowa się zakończyła, nikt nie chciał zapłacić za przygotowanie koncepcji, bo to przecież tylko rysunek zrobiony na komputerze. Nic konkretnego. Kilka tygodni później widziałem, że mój trochę zmodyfikowany projekt realizuje ktoś inny, za mniejsze pieniądze.

M: Piter, nie wiesz, jak robią ludzie. Może takich sytuacji jest więcej.

P: Jeden z naszych niedoszłych klientów nie zrealizował mojego projektu i teraz ma w domu szafę z Ikei (śmiech).

PP: To projekt, a produkcja?

P: Mamy tutaj bardzo dużo sprzętu. Zaplecze maszynowe pozwala nam zrobić wszystko, ale z niektórych narzędzi coraz rzadziej korzystamy. Cały proces produkcyjny odbywa się w tej pracowni.

M: Aktualnie w ogóle nie korzystamy z elektronarzędzi. To nasz świadomy wybór. Praca z elektroniką to ogromny hałas i pył. Pracując np. strugiem, masz nie tylko ciszę i ogromne panowanie nad obrabianym materiałem, ale w finale jedynie niegroźny wiórek. Nie szkodzi Twojemu zdrowiu. Nie wpływa na samopoczucie. Nie wychodzisz wieczorem z pracowni ogłuszony hałasem.

PP: Z jakimi gatunkami drewna pracujecie?

P: Głównie liściaste. Bardzo rzadko pracujemy z iglakami, bo to niewdzięczny materiał do obróbki. Bardzo miękki.

PP: Jak wybór drewna wpływa na cenę?

P: Najtańsze drewno to sosna, półkę wyżej mamy świerk skandynawski, dąb. Dąb jest teraz bardzo drogi, bo słabo dostępny. Orzech ma wysoką cenę. Zaopatrujemy się w kilku tartakach, zaufanych miejscach, bo musisz wiedzieć, skąd pochodzi drewno, z którego mebel wykonujesz. Wiecie, drewna nie zareklamujesz. Ja kiedyś próbowałem i cóż – „dziękujemy, że nam Pan powiedział”. Za to ja muszę uwzględnić reklamację i wykonać swoją pracę jeszcze raz, jeśli z drewnem było coś nie w porządku.

PP: Robicie głównie meble skrzyniowe? Stoły? Krzesła? Ostatnio wstawialiście zdjęcie fotela.

P: Tak, ostatnio pierwszy raz nawiązaliśmy współpracę z tapicernią. Na takiej zasadzie możemy oferować inne produkty, ale u nas skupiamy się na produkcji skrzyniówki i stołów.

PP: Wasze warsztaty odbywają się w weekend. Czy to znaczy, że pracujecie siedem dni w tygodniu?

M: Tak, to prawda. Czasami zdarza się, że pracujemy pełen tydzień. Na razie nie mamy pomysłu, jak to inaczej rozwiązać. Kiedy prowadzisz własny biznes, jesteś w pracy w zasadzie cały czas, ale staramy się wygospodarować rodzinne chwile.

PP: Po ile godzin dziennie pracujecie?

P: Kiedyś przeczytałem, że po czterdziestce trzeba pracować od dziesiątej, i tego się trzymam (śmiech). A ile, hmm, bywa różnie. Czasem, aż coś skończę. Zdarza się, że kończę nad ranem.

PP: Wróćmy do warsztatów. Nie boicie się, że ktoś zrobi sobie krzywdę?

P: Ubezpieczamy uczestników naszych warsztatów. Prowadzimy kurs BHP na początku. Staramy się dbać o bezpieczeństwo osób, które decydują się na naukę u nas. Traktujemy to priorytetowo.

PP: Czego można nauczyć się na Waszych warsztatach?

M: Przede wszystkim pracy z narzędziami ręcznymi od najlepszych producentów. Uczymy pracy na detalach, skupiamy się na szczegółowej i perfekcyjnej obróbce drewna. W swojej pracowni mamy narzędzia Lie-Nielsen sprowadzane ze Stanów Zjednoczonych. To nie są byle jakie produkty, tylko najwyższa półka. Zaczynasz przygodę z obróbką drewna od pracy na bardzo dobrych narzędziach.

PP: Czy Wasze meble są dostępne w sklepach stacjonarnych? Czy tylko na zamówienie?

P: Kiedyś były dostępne w sklepach i efekty nas zadowalały. Nie wykluczamy też, że w przyszłości powtórzymy takie działania. Niemniej to wymaga sporo czasu, którego ciągle brakuje. Przygotowanie kilku serii takich samych mebli jest też dość wymagające. Powiedziałbym, że nawet nużące. Jeżeli wrócilibyśmy do takiego modelu sprzedaży, to tylko z kilkoma przygotowanymi zestawami. Wtedy to ma sens. Myślę, że za jakiś czas nasze meble znów będą dostępne w sklepach. To jeden z planów. Trzeba jednak pamiętać, że w salonie cena produktu jest wyższa z powodu marży. Zaletę stanowi to, że wchodzisz i widzisz ostateczny produkt. Nie musisz czekać na to, co wyjdzie z zamówienia.

PP: Kto należy do waszego targetu?

M: To raczej osoby, które chcą mieć solidne produkty w domu i na tym im zależy. Mogą przeznaczyć na to więcej pieniędzy i cieszyć oko wymarzonym przedmiotem. Dokładnie takim, jakiego chcieli.

PP: Ile kosztują Wasze produkty, np. ten stół? (siedzimy przy ośmioosobowym dębowym stole)

P: Ten wyceniałem chyba na pięć tysięcy złotych.

PP: Myślałyśmy, że powiesz dwa razy tyle!

P: U nas płacisz uczciwie za materiał. Nie zawyżamy stawek, ot tak. Najdroższy stół kosztował u nas siedem tysięcy złotych.

PP: Zajmujecie się renowacją mebli?

P: Nie, nie, nigdy więcej! To bardzo trudny temat. Renowacja mebli jest pełna niespodzianek. Nigdy nie wiadomo na pierwszy rzut oka, co kryje w sobie produkt, jaką ma historię. Meble się rozpadają, a Ty musisz je wydać. Nagle z szybkiej roboty, której ktoś oczekuje na cito, robi się zlecenie na kilka dni. Jeszcze wychodzisz na osobę, która nie była kompetentna, jeśli po drodze pojawią się jakiekolwiek problemy. Praca z naturalnym materiałem jest nieprzewidywalna! Odmawiam renowacji.

Cech Podskarbińskiej

PP: Jak trafiliście na Podskarbińską?

P: Pani Bożenka, z Podskarbińskiej, uratowała mnie od wynajęcia miejsca w innej lokalizacji, bo okazało się, że tamten budynek lada moment miał iść do rozbiórki. Zaproponowała nam lokal tutaj. To był przypadek. Wszędzie jeszcze trwała produkcja, wszystkie budynki były pozajmowane. Z dnia na dzień wszystko się skończyło, otworzyli pomieszczenia, wpuścili rzemieślników i artystów. Byliśmy jedną z pierwszych pracowni na Podskarbińskiej.


PP: OK, a konkurencja? Wiemy, że zarówno Andrzej, jak i Kuba z pracowni Dobrowolański Przyborowski pracowali wcześniej u Was.

P: Prawda jest taka, że chłopaki z góry (stolarnia Dobrowolański Przyborowski mieści się nad Czterema Deskami – przyp. red.) stali się moją bezpośrednią konkurencją. Czasem wyceniamy te same rzeczy, a zamówienie zostaje u nich. Żywię do nich ogromny sentyment. Obaj tu pracowali, mam nadzieję, że czegoś ich nauczyłem. Konkurujemy, ale nie ma między nami złej energii. To normalne.

M: I fajne! Czujemy pęd, żeby dalej się rozwijać. Podglądamy, kto co robi, kiwamy głowami z uznaniem. To zdrowa konkurencja. Kiedyś były przecież cechy! I co? Wszyscy robili to samo!

PP: Jesteście zwolennikami cechów?

P: Nie ma cechów i aktualnie to byłby, w moim odczuciu, sztuczny twór. Bez sensu ponownie to ożywiać. Kiedyś żeby trafić do cechu, należało zdać egzamin, mieć konkretne umiejętności. Na Zachodzie nadal są cechy, bo gwarantują znajomość fachu u ludzi, którzy do nich należą. To, że zrzeszony stolarz ceni się wyżej, też jest tam absolutnie naturalne. U nas to nie działa  już tyle lat, że nikt nie wiedziałby, jaki to cel. Chyba że stworzymy cech tutaj, na Podskarbińskiej, bo pewnie ludzie by się tym zajarali (śmiech).

PP: No tak. To od Was pierwszy raz słyszałyśmy o społeczności Podskarbińskiej. Czujecie się prekursorami zrzeszania Nowej Fali Rzemiosła?

M: Nie, tak na serio to nie. To Mateusz Sikora (artysta rzeźbiarz działający na terenie Podskarbińskiej – przyp. red.) zorganizował pierwsze spotkanie z burmistrzem, podczas którego wszyscy się poznali. My jesteśmy na parterze, w charakterystycznym miejscu, więc najprościej było spotkać się u nas. Ja jestem bardziej organizacyjną osobą, więc łatwo mnie podpuścić, żebym się tym zajmowała, może przejęłam nieco stery i to dlatego macie takie wrażenie (śmiech).

PP: Młyn Michla. Miasto przeznaczyło pieniądze na rewitalizację i stworzenie Praskiego Domu Rzemiosła. Wierzycie? Czekacie? Chcecie ściągnąć tam wszystkich z Podskarbińskiej?

P: Ja byłbym największym zwolennikiem, żeby tak się stało. Mamy nadzieję, że miasto faktycznie zrealizuje ten plan, ale po drodze jest kilka zmiennych, które mogą na to wpływać. Miasto dostało od nas pomysł, nazwę, koncepcję. Teraz ich ruch. Oby uwzględnili nas w realizacji tej inicjatywy.

M: Trudno powiedzieć, co będzie za trzy lata. To wszystko kosztowało nas bardzo wiele czasu. Mamy nadzieję, że unikniemy wypychania rzemieślników na obrzeża miasta. Od pół roku szukaliśmy miejsca dla nas wszystkich, żebyśmy mogli być razem. Wszyscy chcą pomóc, ale nic z tego nie wynika. Proponuje się nam lokalizacje w piwnicach. Zobaczcie sami, jakie to jest podejście – jak rzemieślnik, to może pracować w pomieszczeniu bez okna, w piwnicy!

P: A jak artysta, to na strych!

Trudno powiedzieć, co będzie za trzy lata. To wszystko kosztowało nas bardzo wiele czasu. Mamy nadzieję, że unikniemy wypychania rzemieślników na obrzeża miasta. Od pół roku szukaliśmy miejsca dla nas wszystkich, żebyśmy mogli być razem. Wszyscy chcą pomóc, ale nic z tego nie wynika. Proponuje się nam lokalizacje w piwnicach. Zobaczcie sami, jakie to jest podejście – jak rzemieślnik, to może pracować w pomieszczeniu bez okna, w piwnicy!

PP: A kiedy będą kolejne zajęcia Rzemiosło dla Zuchwałych?

M: Wszystkich miłośników obróbki drewna zapraszamy na warsztaty we wrześniu. Szczegółowe informacje znajdą się na naszym Facebooku.

Fotografie w tekście: Magda Woźnica
Zdjęcia zostały wykonane w dawnej pracowni stolarzy przy ulicy Podskarbińskiej 32/34.

Wywiad prowadziły: Małgorzata Herman i Karolina Malczewska
Autor: Małgorzata Herman
Redakcja: Karolina Malczewska


Cztery Deski pracownia stolarska
ul. Zabraniecka 82, 03-787 Warszawa
tel. 507 981 436, 501 059 051
biuro@czterydeski.pl