Ceramiczne naczynia Gabi Stramy zdobią głównie wizerunki kobiet, a ostatnio – również kotów. Jej prace przyciągają uwagę charakterystyczną kreską i minimalistyczną estetyką. Za tą formą stoją lata nauki, wieloetapowe procesy oraz codzienna praca na styku sztuki, rzemiosła i prowadzenia własnego biznesu. Ilustracje powstają w technice sgraffito – wywodzącej się ze starożytności metodzie ręcznego wydrapywania wzorów na powierzchni ceramiki. Dzięki temu każda praca zyskuje indywidualny i niepowtarzalny charakter.
Z Gabi spotykamy się w piękny słoneczny dzień na warszawskim Mokotowie. Nasze ścieżki przecinały się już wielokrotnie, m.in. za sprawą stowarzyszenia NÓW. Nowe Rzemiosło, w którego działania byliśmy wspólnie zaangażowani. Niemniej jednak dopiero po kilku latach znajomości mamy okazję porozmawiać z nią o tym, co kryje się za jej rysunkami oraz jak wyglądała jej droga od zajawki i ciekawości materiału do stworzenia rozpoznawalnej marki ceramicznej.

Projekt Pracownie: Od zawsze wiedziałaś, że chcesz się zajmować ceramiką?
Gabi: Pracowałam w branży kreatywnej jako producentka, a później również art directorka, odpowiedzialna za tworzenie koncepcji i treści. Działałam w różnych obszarach – od mody, przez rozrywkę, po sztukę. Z czasem zaczęły mnie otaczać kobiety związane ze sztuką oraz projekty tworzone z myślą o kobietach.
Ceramika nie była oczywistym wyborem. Nie skończyłam szkoły artystycznej, nie miałam też żadnego przygotowania zawodowego w tym kierunku. Zaczęłam się nią zajmować już jako dorosła osoba, mając całkiem dobrze ułożoną ścieżkę zawodową.
Na początku była to po prostu ciekawość. Im bardziej moja praca zawodowa wymuszała na mnie siedzenie przy komputerze, tym mocniej czułam potrzebę robienia czegoś namacalnego. Kiedy zrozumiałam, że chcę, aby była to ceramika, zaczęłam się zastanawiać, jak ma ona wyglądać i co prezentować. Pomyślałam wtedy o tym, jakie są moje pierwsze skojarzenia z tą formą sztuki i od razu przed oczami stanęły mi antyczne wazy, a na nich wizerunki mężczyzn – herosów, bogów i wojowników. Kobiety pojawiały się na nich znacznie rzadziej, a jeśli już, to zwykle w mniej doniosłych rolach. Pomyślałam, że chciałabym odwrócić tę perspektywę i postawić kobiety na pierwszym miejscu.
Tak powstały moje dziewczyny. Minimalistyczne, monochromatyczne, niedoskonałe. Na początku zupełnie inne niż te dzisiejsze. One ewoluowały razem ze mną.

Czy to, że wybrałaś kobiety, jest jakąś formą feministycznego manifestu?
Nie myślę o tym w ten sposób, ale na pewno kiedy zaczynałam, byłam mocno zanurzona w tym nurcie. Teraz najbardziej lubię w nich to, że każdy postrzega je inaczej. Jedni widzą w nich coś zmysłowego, erotycznego i dzikiego, inni dopatrują się w nich jakiegoś rodzaju manifestu, a jeszcze inni zwracają uwagę na ich frywolne pozy, wyrażające wolność i zabawę.
Obserwuję reakcje ludzi na moją sztukę podczas targów i i zawsze z zainteresowaniem przyglądam się temu, jak jest odbierana. Niektórzy reagują bardzo emocjonalnie i od razu chcą je kupić. Część kobiet się z nimi identyfikuje, a inne widzą w nich symbol siły, kobiecości czy akceptacji własnego ciała. Czasem moje dziewczyny wywołują też skrępowane i ludzie wręcz uciekają wzrokiem od motywu nagiego ciała. Kiedyś na moje stoisko trafiła para, która powiedziała wprost, że nie mogłaby kupić takich naczyń ze względu na swoje małe dzieci, a jeszcze inna wręcz przeciwnie – potraktowała moje prace jako świetny sposób na oswajanie się z nagością i naturalnością.

Teraz poza kobietami na Twoich naczyniach są także koty.
Tak, z czasem na moich pracach pojawiły się również koty. Trochę żartuję, że są one odpowiedzią na pytania o to, kiedy zacznę tworzyć naczynia z mężczyznami (śmiech). Osobiście czuję, że są one wynikiem mojej potrzeby większego luzu i koloru, bo jak widzicie, są bardziej nasycone kolorem niż dziewczyny. Koty pozwalają mi na większą swobodę, choć nadal rysuję je swoją prostą kreską.
Są przy tym postawne, pewne siebie i silne – być może dlatego można dostrzec w nich pewien męski pierwiastek, nawet jeśli pozostają przede wszystkim kotami. Choć zdarzało mi się słyszeć, że wyglądają jak krokodyle albo nawet ogórki (śmiech).


W jakim momencie postanowiłaś ostatecznie postawić na ceramikę? Czy gdybyś zaczynała dzisiaj od nowa, zrobiłabyś wszystko tak samo?
Dla mnie momentem przełomowym okazała się pandemia. Zamknięcie w domach sprawiło, że wiele osób zaczęło szukać sposobów na oderwanie się od codzienności – podobnie było ze mną. Glina dała mi taką możliwość. Można pracować z nią nawet w domu, o ile nie przeszkadza komuś ciągłe sprzątanie (śmiech).
To właśnie wtedy jeszcze bardziej zagłębiłam się w proces, który ma w sobie coś niezwykle uspokajającego, i zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebuję. Utrata dotychczasowego zajęcia tylko przyspieszyła tę zmianę. Miałam już za sobą pierwsze kursy, wieczory spędzone w otwartych pracowniach i naukę online. Później przyszły kolejne doświadczenia, spotkania z innymi twórcami i niekończąca się praktyka.
Kiedy patrzę na swoje pierwsze prace, widzę zupełnie inną kreskę. Przez lata zmieniała się, tak jak zmieniało się moje spojrzenie na to, co robię. Ale zostałam przy tych samych motywach, bo widziałam, że dojrzewają razem ze mną. Gdybym realizowała wszystkie swoje pomysły, miałabym dziś kilka zupełnie różnych marek i dziesięć kolekcji jednocześnie (śmiech). Zależy mi jednak na spójności. Wiem, że to tylko jeden z etapów. Nie mam wątpliwości, że za jakiś czas będę szukała nowych kierunków. W ceramice fascynuje mnie to, że na każdym etapie otwiera kolejne możliwości. Inne szkliwa, inne techniki, inne sposoby wypalania. Pozwala się rozwijać bez końca.
Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że gdybym zaczynała dzisiaj, pozwoliłabym sobie na więcej odwagi. Na początku podchodziłam do wielu decyzji bardzo ostrożnie. Z wiekiem i doświadczeniem nauczyłam się bardziej ufać swojej intuicji.

Wiele osób wciąż wyobraża sobie, że praca z ceramiką to romantyczny proces, którego wynikiem są piękne przedmioty, takie jak kubki, z których co rano pije się ulubioną kawę.
Zgadzam się z tym, że wiele osób widzi wyłącznie efekt i wyobraża sobie ceramikę jako spokojne, trochę romantyczne zajęcie. W rzeczywistości to bardzo fizyczna, wymagająca i często brudna praca, pełna kurzu, chemii i ciężkich materiałów, a także wiele etapów produkcji.
Mój proces obejmuje odlewanie, obróbkę, malowanie, zdobienie techniką sgraffito, szkliwienie oraz w końcu – wypały. Zdarza się, że czasem muszę przenieść ponad sto kilogramów masy ceramicznej z miejsca na miejsce! Praca z gliną wymusza określony rytm. Jeden dzień poświęcam na odlewanie, kolejny na obróbkę, następny na malowanie, a jeszcze inny na wykonywanie sgraffita czy szkliwienie. Tego procesu nie da się przyspieszyć ani zamknąć w jednym dniu.
Prawda jest taka, że samo tworzenie to tylko część pracy. Żeby utrzymać się z rzemiosła, muszę być jednocześnie przedsiębiorczynią, menedżerką, osobą od marketingu i sprzedaży, pakowaczką. Jednego dnia siedzę przy stole i wykonuję sgraffito, a drugiego pakuję paczki, odpowiadam na maile albo przygotowuję materiały do mediów społecznościowych.
To wymagające, ale też bardzo rozwijające. Myślę, że współczesny rzemieślnik musi się odnaleźć nie tylko w pracowni, ale również w świecie biznesu i komunikacji. Ale żeby nie było tak pesymistycznie – to z czasem i rozwojem oczywiście przychodzi moment na zbudowanie małego zespołu i delegowanie zadań. Ja już powoli uczę się również tego.

Opowiedz, proszę, więcej o technice sgraffito.
Sgraffito to technika zdobienia polegająca na wydrapywaniu wzoru w warstwie kolorowej angoby (przyp. red. specjalna, płynna glinka wzbogacona o minerały i pigmenty) nałożonej na glinę. W ten sposób powstaje rysunek zbudowany z linii odsłaniających naturalny kolor ceramiki.
W procesie tworzenia ceramiki materiał nieustannie się zmienia. Na początku jest miękką i wilgotną masą, potem twardnieje, stając się gotowym do wypału naczyniem. Rysunek trzeba wykonać w bardzo konkretnym momencie. Jeśli glina jest zbyt mokra, wydrapywane linie będą się rozmazywać i zamykać. Jeśli natomiast przeschnie za bardzo, powierzchnia staje się twarda, krucha i trudna do obróbki.
Ja lubię sgraffito, bo pozwala mi zachować spontaniczność ręcznego rysunku i wszystkie jego drobne niedoskonałości, które nadają pracom wyjątkowy charakter. No i nie ma tam miejsca na pomyłki, raz wydrapany ślad zostaje. Dzięki temu zawsze będzie widać, że to jest ręczna robota. Ta kreska nie jest idealna, ale ja to właśnie lubię. Te drobne niedoskonałości są dla mnie dowodem, że za tym przedmiotem stoi człowiek, a nie maszyna.


Tworzysz głównie ceramikę użytkową, ale widzimy, że na półkach są również kobiece figurki.
Od początku ciągnęło mnie do ceramiki użytkowej. Fascynuje mnie sztuka, która nie wisi na ścianie, ale żyje razem z nami. Kubek, z którego pijemy poranną kawę, talerz używany podczas codziennych posiłków czy wazon stojący na stole to część życia. Dla mnie to, jaki kubek wybierasz, mówi coś o Tobie.
Lubię myśleć o swoich pracach jako o przedmiotach, które nie tylko zdobią przestrzeń, ale też po prostu w niej funkcjonują. Są blisko ludzi i każdego dnia przypominają im o tym, że sztuka może być obecna we wszystkich, nawet najbardziej zwyczajnych momentach.
Figurki, o których mówisz to nowa rzecz w mojej pracowni – dopiero niedawno moje dziewczyny zaczęły wychodzić z naczyń i funkcjonować jako samodzielne obiekty. Tym razem, na przekór – nie zależy mi na tym, żeby na siłę nadawać im funkcję użytkową. Zastanawiałam się, czy nie zrobić z nich kadzielnic, ale zdecydowanie nie chcę wiercić im dziurek w głowach (śmiech). Lubię myśleć o nich jako o obiektach, które mają prawo po prostu być. Nie muszą spełniać żadnej konkretnej roli. Sama ich obecność może być wystarczająca. Ta kolekcja będzie miała swoją odsłonę jesienią 2026, więc na razie nie zobaczycie jej na mojej stronie internetowej.

Z tego, co wiemy, nie jest to tylko Twoja pracownia.
Dokładnie tak, dzielę pracownię z Agatą Puławską. Nasze estetyki są zupełnie różne. Kiedy ja tworzę swoje monochromatyczne dziewczyny i zielone koty, Aga znacznie chętniej sięga po plamy kolorów. Te różnice nie przeszkadzają nam w codziennej pracy. Razem przygotowujemy się do targów, rozmawiamy i konsultujemy swoje pomysły, wspieramy nawzajem. Możemy na siebie liczyć. To zdecydowanie przyjacielska relacja, nie konkurujemy ze sobą.
Temat sztucznej inteligencji jest teraz niezwykle nośny. Przedstawiciele niemal wszystkich branż zastanawiają się, czy i kiedy AI odbierze im pracę. Czy według ciebie w czasach, w których coraz więcej treści, obrazów i produktów powstaje przy wsparciu sztucznej inteligencji oraz zautomatyzowanych procesów, rośnie wartość rzeczy tworzonych ręcznie?
Nie jestem przeciwna temu, żeby technologia wspierała proces tworzenia. Druk 3D i nowoczesne narzędzia projektowe bardzo ułatwiły powstawanie form, co zresztą widać po ogromnej różnorodności ceramiki dostępnej dziś na rynku. Kiedyś modele wykonywało się ręcznie – w gipsie lub drewnie. Był to proces czasochłonny, kosztowny i dla wielu twórców po prostu niedostępny. Dziś wygląda to zupełnie inaczej i uważam, że jest to naturalny kierunek rozwoju.
Sama również z tego korzystam. Pierwsza forma mojego wazonu została wytoczona w gipsie, natomiast kolejne powstały już przy użyciu druku 3D na podstawie mojego projektu. Każdy twórca sam decyduje, z jakich narzędzi chce korzystać i gdzie przebiega jego granica między rękodziełem a technologią. Jeśli chodzi o zdobienie, mam o tyle komfortową sytuację, że w mojej ceramice nie liczy się perfekcyjna powtarzalność, ale właśnie ręczne wykonanie. W technice sgraffito nie da się ukryć obecności człowieka – widać każdą kreskę, każde pociągnięcie narzędzia, a czasem także drobne niedoskonałości. Dla mnie właśnie w tym tkwi wartość.
Oczywiście istnieją już technologie, które pozwalają wykonywać wzory przypominające sgraffito za pomocą lasera. Ale to trochę jak różnica między kopią a oryginałem stworzonym w jednym egzemplarzu. Im więcej rzeczy powstaje masowo, tym bardziej cenione stają się te tworzone ręcznie. Mam nadzieję, że z czasem praca rzemieślników będzie doceniana na podobnym poziomie, jak inne dziedziny sztuki.
Rozmowa i tekst: Małgorzata Herman
Gabi Strama
- hello.gabistrama@gmail.com
- ul. Konstruktorska 6/111, Warszawa
- https://www.gabistrama.com/





































