Marta Ruta Hats: „To człowiek ma nosić kapelusz, a nie kapelusz człowieka”


Kiedy dostajemy od Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy zaproszenie do przygotowania kolejnej wystawy plenerowej o rzemieślnikach, uświadamiamy sobie, że wciąż mamy na naszym koncie niewiele pracowni z warszawskiego Powiśla. Szybko postanawiamy nadrobić  zaległości i tak, w trakcie poszukiwań, trafiamy na pracownię Marty Ruty, która zajmuje się projektowaniem i wytwarzaniem nakryć głowy.

Pracownia Marta Ruta Hats znajduje się na Solcu i wita odwiedzających witryną z finezyjnymi nakryciami głowy. Kapelusze Marty widywaliśmy już wcześniej, najczęściej u zaprzyjaźnionych muzyków i artystów, więc tym bardziej cieszy nas fakt, że mamy okazję osobiście porozmawiać z rzemieślniczką. Wiemy już, że Marta będzie jedną z bohaterek wystawy „Nurt tradycji: rzemiosło z brzegów Wisły”. Jednocześnie czujemy, że jej historia powinna zasilić także dotychczasowy dorobek Projektu Pracownie.

Projekt Pracownie: Co sprawia, że Twoja pracownia jest wyjątkowa? 

Marta Ruta: To miejsce jest wyjątkowe, bo opiera się na bezpośrednim kontakcie z klientem. Zależy mi na żywej rozmowie, wspólnym poszukiwaniu najlepszego modelu, dopasowanego do konkretnej osoby, na pracy z postacią – na tworzeniu jej od podstaw. Nie realizuję zamówień online ani nie prowadzę sprzedaży internetowej, bo najważniejsze jest dla mnie spotkanie, wymiana i proces twórczy. Tym, co dodatkowo wyróżnia moją pracownię i to na skalę Polski to moja maszyna Dresdensia. Ona ma ponad 120 lat. Ta maszyna służy do szycia kapeluszy z tasiemek słomkowych. I nie tylko kapeluszy, bo też innych typów nakryć głowy, jak np. toczki. Możesz na niej wykonać absolutnie każdą formę, jaką sobie wymyślisz. To zdecydowanie maszyna z charakterem. Ze względu na swój wiek, miewa swoje fanaberie i humory. Nie ukrywam, że trochę czasu zajęło mi, żeby ją opanować, ale powoli zaczęłyśmy się zaprzyjaźniać i teraz praca na niej to czysta przyjemność.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Jeszcze zanim zaczęliśmy wywiad, wspomniałaś, że pracownię częściowo dzielisz ze swoimi teściami, którzy prowadzą działalność kaletniczą. Czy ich zawód miał jakikolwiek wpływ na wybór Twojej życiowej ścieżki?

Nie, absolutnie nie miało to na mnie wpływu. Kiedy, że tak powiem, wżeniałam się w rodzinę kaletniczą,  już od kilku ładnych lat byłam modystką.

Gdybym miała wskazywać kogoś w mojej rodzinie,  kto w jakimkolwiek stopniu mnie zainspirował, pewnie byłaby to moja babcia, która była krawcową. Często siedziałam – jak to się mówi – u niej pod maszyną i obserwowałam, jak rozmawiała z klientkami. Babcia pracowała na maszynie Minerwa, która nie miała w ogóle silnika, tylko napęd nożny, więc obserwowanie całego procesu szycia było bardzo ciekawe. Eleganckie panie przychodziły do babci na przymiarki, a ja się temu bacznie przyglądałam. Czasem babcia wypraszała mnie z pokoju, co sprawiało, że w mojej głowie jej relacja z tymi kobietami wydawała się niezwykle bliska, niemal intymna i absolutnie wyjątkowa. Samo szycie zupełnie mnie nie interesowało.  Zawsze bardziej chciałam malować, rysować, projektować, wymyślać różne rzeczy… Niekoniecznie chciałam to potem szyć na maszynie (śmiech).  Kiedyś obiecałam sobie, że nigdy nie usiądę przy maszynie i nigdy nie będę tego robić zawodowo. I tak moje życzenie spełniło się w drugą stronę, bo teraz codziennie spędzam kilka godzin przy maszynie. Paradoksalnie mam z tego ogromną radość i jest to moja zajawka.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Skoro maszyna, skoro szycie, to dlaczego akurat nakrycia głowy, a nie np. ubrania?

To akurat zupełny przypadek. Mój kuzyn, który prowadził hurtownię dodatków dla kobiet, zadzwonił do mnie któregoś dnia, wiele lat temu, i powiedział, że ma na stanie stertę słomkowych kapeluszy i one w ogóle nie wyglądają dobrze. Spytał, czy nie chciałabym czegoś z nimi zrobić, ponieważ akurat wtedy nie miałam żadnej pracy. Nie miałam wtedy absolutnie żadnego doświadczenia modystycznego, ale wiedziałam, czym jest konstrukcja, modelowanie i szycie z tkanin. Z perspektywy czasu uważam, że to nawet lepiej, bo nie ograniczały mnie żadne zasady sztuki modniarskiej i to, co mogłam zaproponować było świeże. Na tych kapeluszach powstały dzikie ogrody, stworzone z różnych materiałów i półfabrykatów. Nie brakowało na nich szlachetnych kamyków, wstążek. Było na nich absolutnie wszystko. W efekcie mój kuzyn sprzedał wszystkie kapelusze mimo potwornie deszczowego lata. Idąc za ciosem, zaproponował mi, żebym pojechała z nim na Targi Poznańskie z kolekcją jesienno-zimową. Powiedział, że wszystko zasponsoruje i zobaczymy, co się wydarzy. Kupiłam ręcznie tkane, grube jedwabie. Był to początek lat dziewięćdziesiątych. Na rynek wchodziły tak zwane toppery, czyli cylindry, bardzo popularne w modzie muzyczno-awangardowej. W związku z tym stwierdziłam, że zrobię coś właśnie w takim stylu. Te cylindry były również ozdobione różnymi rzeczami, zupełnie niespodziewanymi. Powiem szczerze, że kiedy  mój kuzyn je zobaczył, uznał, że to będzie wielka wtopa, ale skoro bilety już kupione… to jedziemy. To były targi dodatków. Nie brakowało tam parasolek, torebek, butów. Było mnóstwo wszystkiego, ale to właśnie na naszym stoisku siedzieli wszyscy, bo nigdzie indziej nie znaleźli tak zjawiskowych i zwariowanych rzeczy. Osoby, które nas odwiedzały, świetnie się bawiły, podczas przymierzania kapeluszy, śmiały się, robiły zdjęcia. Kuzyn zasugerował, że być może powinnam zacząć zajmować się robieniem nakryć głowy zawodowo. Potraktowałam to poważnie i w tym roku obchodzę 30-lecie swojej działalności gospodarczej.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Jak wspominasz początki?

Początki były mega trudne, ponieważ z jednej strony nie było ciekawych rzeczy na rynku, z drugiej strony nie miałam od razu takich możliwości finansowych, aby w pełni realizować swoje szalone pomysły. W 1995 roku nikt nie słyszał o start-upach. W związku z tym nie mogłam do kogoś pójść i powiedzieć: „słuchaj, mam taki pomysł, bądź moim inwestorem i zobaczmy, co z tego wyjdzie”. Nie było mnie stać na własną pracownię, a co dopiero mówić o własnym sklepie. Ta pierwsza działalność polegała więc na tym, że wszystkie nakrycia głowy robiłam  w domu, po czym z torbą kapeluszy szłam od butiku do butiku i próbowałam wstawić te rzeczy do sprzedaży. W ten sposób trafiłam m.in. na kultowy wtedy sklep, który się nazywał Kamuflaż. Kamuflaż znajdował się pod ówczesną siedzibą KPN-u przy Rondzie de Gaulle’a i to był przede wszystkim sklep z butami Martensa. Oznaczało to też, że przychodzi do niego śmietanka warszawskiej awangardy, a ci ludzie zawsze byli bardzo stylowi i odważnie podchodzili do wyrażania siebie z pomocą stylizacji. Udało mi się dogadać z właścicielami i faktycznie te rzeczy zaczęły się sprzedawać. Dzięki temu m.in. styliści z różnych gazet zobaczyli, że pojawiło się coś ciekawego na rynku i zaczęli ze mną współpracować. Drugim takim fajnym sklepem, z którym długo współpracowałam, była kultowa Dziesiątka w Domu Braci Jabłkowskich. Był to dosyć duży sklep prowadzony przez dwie przyjaciółki i to była naprawdę fajna współpraca. Dziewczyny miały super zmysł estetyczny, w związku z tym szukały czegoś, co będzie ciekawe, inne. Złapałyśmy świetny kontakt i sprzedało się tam wiele moich prac.

Wspieraj Autora na Patronite

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Jak oceniasz, ile zajęło Ci to, żeby zawód… wszedł Ci w ręce? Czy z perspektywy czasu uważasz, że to było trudne? Czujesz, że po tylu latach w zawodzie już nic Cię nie zaskoczy?

Nie było to zbyt trudne, bo mam wykształcenie odzieżowe. Znam konstrukcję, modelowanie, materiałoznawstwo. Wiem, jak pracują różne tkaniny. Dzięki temu od samego początku mogłam tworzyć rzeczy od podstaw. Poza pierwszymi kapeluszami słomkowymi, które trzeba było ratować, żeby w ogóle je sprzedać, kolejne projekty były już w pełni autorskie.

Oczywiście ten proces zmieniał się przez lata. Zaczynałam od klasycznych  materiałów, później zainteresowałam się dzianiną, a w końcu filcem  – szlachetnym, wymagającym, ale niezwykle wdzięcznym. Uczyłam się pracy na piliśniach, poznawałam technologie. Od kiedy działam w pracowni na Solcu – to już 21 lat – mam codzienny kontakt z klientami, ich potrzebami, różnymi kształtami i wielkościami głowy, sylwetkami. To cały czas jest proces.

Zmienia się moda, zmieniają się materiały i dostępność maszyn. Jedna z nich, o której wcześniej wspominałam, trafiła do mnie dopiero cztery lata temu i otworzyła zupełnie nowe możliwości. Dlatego czuję, że rozwój nigdy się nie kończy.

W momencie, gdy uznałabym, że już nic mnie nie zaskoczy – ani materiał, ani forma  – mogłabym powiedzieć, że jestem skończona. A dopóki się uczę, dopóki obserwuję świat i nowe spojrzenia młodych projektantów, dopóty się rozwijam. To trzyma mnie zawodowo w młodości, daje świeżość i otwartość, dzięki którym można iść dalej i tworzyć rzeczy naprawdę wyjątkowe.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Muszę przyznać, że w moim otoczeniu niewielu moich rówieśników nosi kapelusze. Sama widywałam je najczęściej na głowach dziadków i babć. Nasi rodzice częściej sugerowali założenie czapek w zimie niż oryginalnych nakryć głowy. Jak to jest z tymi kapeluszami? Czy one są zawsze modne? A może wraca na nie moda?

To pytanie słyszę od 30 lat i za każdym razem ktoś mówi mi: „słyszałam, że kapelusze znowu są modne”. I faktycznie – one co roku „zaczynają być modne”. To nie jest tak, że moda na kapelusze pojawia się i znika raz na dekadę. To raczej fale, skoki popularności. Projektanci czasem zwracają większą uwagę na torby, czasem na buty, a potem znowu przychodzi moment, że bez nakrycia głowy ani rusz.

My wszyscy chodzimy w jeansach i t-shircie – to taki uniform codzienności. A kiedy chcemy się wyróżnić, najłatwiej zrobić to dodatkiem: kolorową skarpetką, ciekawą torbą albo właśnie kapeluszem. To staje się wyróżnikiem indywidualnego stylu. Dziś rolę takiego znaku przejęły też tatuaże, ale nakrycie głowy wciąż działa podobnie – daje to „coś”, co czyni nas niepowtarzalnymi.

Spójrzmy też na to szerzej. Na Zachodzie tradycja nakryć głowy nigdy nie zanikła, widać to choćby na wyścigach Ascot czy na królewskich uroczystościach. U nas przerwał ją komunizm. Przez pół wieku elegancki kapelusz mógł budzić podejrzenia, że ktoś jest „burżujem”. Do tego dochodzi moment, gdy John F. Kennedy jako pierwszy prezydent zaczął publicznie pojawiać się bez kapelusza – i to naprawdę zmieniło modę na świecie.

Ale coraz częściej wracamy do tradycji. Kapelusz nie jest już obowiązkiem, jak sto lat temu. Dzięki temu staje się świadomym wyborem i znakiem osobistego stylu.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Jak wygląda praca z klientami, którzy nie wiedzą, czego szukają, a jak z takimi, którzy mają gotową wizję na to, co chcą mieć na głowie?

Paradoksalnie ci niezdecydowani, to najlepsi klienci. Jeśli ktoś przychodzi i mówi „nie wiem, czego chcę, ale chcę się dobrze czuć”, to daje mi przestrzeń do zaproponowania różnych rozwiązań. Wtedy patrzę na proporcje sylwetki, pytam o to, w czym dana osoba chodzi na co dzień, czy nakrycie głowy ma być funkcjonalne, czy raczej efektowne. Pierwszy kapelusz nie może być zbyt awangardowy – to musi być naturalny krok. Coś, do czego klient się stopniowo przyzwyczai.

Praca z tymi, którzy mają własne wyobrażenie o projekcie bywa trudniejsza. Czasem ktoś chce dokładnie taki sam kaszkiet czy kapelusz, jaki nosił 20 lat temu, i nie przyjmuje do wiadomości, że proporcje sylwetki czy rysy twarzy zupełnie tego nie udźwigną. Wtedy trochę walczę z wiatrakami, bo widzę, że ten kształt nie służy danej osobie. Moim celem nie jest jednak sprzedawanie czegokolwiek, tylko stworzenie nakrycia głowy, które klient rzeczywiście pokocha i które będzie nosił.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Opowiedz, proszę, jak wygląda praca nad takim kapeluszem. Jakie są etapy?

Zaczynam zawsze od rozmowy. Muszę wiedzieć, jaka to okazja. Inaczej wygląda nakrycie głowy na ślub przyjaciółki, a inaczej na wielką galę, gdzie można pozwolić sobie na efekt „wow”. Ważny jest charakter osoby: czy lubi lekkie formy, koronki, tiule, czy wręcz przeciwnie  – nie znosi piór albo kwiatów.

Patrzę też na proporcje sylwetki i strój. Do długiej sukienki nie mogę zaproponować ogromnego ronda, bo całość wyglądałaby teatralnie. Pracujemy więc równocześnie nad całą sylwetką, materiałami i detalami, żeby efekt końcowy był spójny.

Kluczowe jest to, by klientka czuła się w kapeluszu swobodnie – żeby to ona nosiła kapelusz, a nie kapelusz ją. Wtedy nakrycie głowy nie jest obcym elementem ani obowiązkiem, ale naturalną częścią całości.

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


A jak jest z materiałami? W jakim stopniu one odpowiadają za komfort użytkownia kapelusza?

Ogromnie. W tanich, masowych kapeluszach często używa się papieru zamiast słomki albo akrylu zamiast wełny. Efekt jest taki, że zamiast chronić, powodują przegrzanie czy dyskomfort. Dobre materiały – wełna, alpaka, kaszmir – oddychają i są trwałe. Zdarza się, że klientki przynoszą kapelusze sprzed kilkudziesięciu lat i one wciąż wyglądają świetnie, bo były wykonane z materiałów lepszej jakości niż większość obecnych.

Czy każdy może wyglądać dobrze w kapeluszu?

Nie wszyscy będą wyglądać dobrze w klasycznym rozumieniu kapelusza  – czyli denko, główka, rondo. Ale zawsze znajdzie się coś odpowiedniego: kaszkiet, toczek, beret, czapka. Pula możliwości jest ogromna. Klucz tkwi w dobraniu formy do charakteru i stylu życia. Ja sama uwielbiam przełamywać zasady – do sportowej bluzy czy dresów często pasuje elegancki kapelusz. To tworzy ciekawy kontrast i dodaje oryginalności.

Jakie jest największe wyzwanie w pracy modystki? 

Myślę, że największym wyzwaniem jest uchwycenie potrzeby konkretnego klienta. Odczytanie poza słowami tego, co najbardziej będzie mu się podobało, a czasem też przekonanie do rzeczy, które zdecydowanie nie zgadzają się z jego początkową wizją. To jest dość duże wyzwanie, ale niesie za sobą ogromną satysfakcję, kiedy ten efekt końcowy okazuje się w 100% trafiony. Często mówię, że to widać od razu, bo w oczach klienta lub klientki pojawia się taki charakterystyczny ogień. Od razu widać, że ten kapelusz czy nakrycie głowy stanie się ulubionym elementem garderoby. 

Projekt Pracownie_Marta Ruta Hats_wywiad_Małgorzata Herman_fot_Karolina Lewandowska


Gdybyś miała kogoś zachęcić, aby sprawdził, czy noszenie nakryć głowy jest dla niego, to co byś powiedziała? 

Myślę, że dobrze być otwartym na możliwości. Mieć chęć  bawienia się formą, sprawdzania i ciekawość, co się stanie, kiedy wyjdzie się poza utarte schematy. To podstawa w każdym szukaniu czegoś nowego dla siebie i sprawdzenia, czy to jest dla nas, czy nie.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

Bardzo dużo rzeczy lubię w mojej pracy! Lubię to, że moda się zmienia, cały czas pojawiają się nowe inspiracje, to środowisko jest żywe i można z niego czerpać. Lubię kontakt z klientami, bo to bardzo cenne znajomości. Lubię przebywać na Solcu. Lubię spędzać godziny przy maszynie. Wspaniałe są nowe wyzwania. Moja praca to moja ogromna pasja i to jest w niej najwspanialsze. 

Marta Ruta Hats

UDOSTĘPNIJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Projekt Pracownie

NAPISZ DO NAS

Chcesz opowiedzieć nam swoją historię? Znasz rzemieślnika lub artystę, który podzieli się z nami swoim doświadczeniem, pasją? Napisz do nas!

kontakt@projektpracownie.pl Od 25 maja 2018 roku obowiązuje „RODO”, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony danych osobowych i w sprawie swobodnego... >