Krakowskie projektowanie rzemiosła

Historię Mleko Living przybliża nam Wiktoria Podolec z Tartarugi. Kiedy spotykamy się z nią na targach „Niech żyje rzemiosło!”, rękodzielniczka opowiada nam o wyjątkowej parze z Krakowa. Kasia i Michał Załuscy nie planowali zostać rzemieślnikami, chcieli projektować i zlecać swoje wyroby podwykonawcom. Nie znaleźli jednak nikogo, kto sprostałby ich oczekiwaniom związanym z jakością. I tak – po niespełna 6 miesiącach intensywnej nauki – zaczęli samodzielnie toczyć na kole swoją ceramikę.

Kiedy trafia się okazja, żeby częścią naszego zespołu wybrać się do Krakowa, bez wahania odzywamy się do Kasi i Michała. Ochoczo zapraszają nas do swojej pracowni.

Projekt Pracownie: Od czego zaczęła się Wasza przygoda z ceramiką?

Michał: Lubię opowiadać tę historię! Razem z Kasią studiowaliśmy w Holandii, a dokładniej na Uniwersytecie Technicznym w Eindhoven. To fantastyczne miejsce! W przeciwieństwie do innych holenderskich miast nie ma w nim tych wszystkich klimatycznych kanałów, bo to miasto przemysłowe, zbudowane wokół fabryki Philipsa. Jego obywatele to bardzo mądrzy ludzie. Wykorzystali to, że w mieście zostało mnóstwo przestrzeni biurowej oraz produkcyjnej i zaczęli z niej korzystać w kreatywny sposób. Tak powstała inicjatywa Dutch Design Week. W trakcie tego wydarzenia do miasta zjeżdżają się Holendrzy z całego kraju. Oglądają pokazy dyplomowe studentów z dwóch uczelni – naszej i Design Academy – a firmy otwierają się na gości i pokazują, co robią na co dzień, organizują warsztaty. Rękodzielników nie brakuje! My trafiliśmy tam do pracowni dziewczyny, która współprowadzi Harm en Elke. Nieśmiało spytaliśmy, czym się zajmuje, a ona po prostu wzięła wiadro gliny, rozmieszała ją, wlała do formy…

Kasia: Wszystko pokazała nam krok po kroku. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem!

Michał: To były rzeczy odlewane z form gipsowych, tak jak robią dziewczyny z August Design Studio. Dla nas to było fascynujące, bo nie mieliśmy zielonego pojęcia, że to się odlewa, w jaki sposób, że ta rzecz jest pusta w środku i w ogóle, jak to się dzieje! Do Harm en Elke przyjechaliśmy ponownie po dwóch tygodniach i chcieliśmy wynająć u niej kawałek warsztatu, żeby móc zrobić dla siebie trzy wazony. Nie zgodziła się, mówiła, że ma wiele pracy, ale poleciła nam swoją znajomą. Właśnie w jej pracowni rozpoczęliśmy naukę. To było miejsce idealne – mieliśmy mentorkę i przestrzeń do pracy. Zrobiliśmy swoje pierwsze formy, szlifowaliśmy je z pianki na uczelni. Potem zalewaliśmy je gipsem w domu, żeby zrobić negatywy. Nawet mieszałem gips w lodówce turystycznej. Przeszliśmy wtedy przez wszystko. Taka przestroga: gips w wodzie bardzo szybko zastyga… (śmiech)

Kasia: Zawsze chcieliśmy się nauczyć wszystkiego i postanowiliśmy, że tego też musimy.

Projekt Pracownie: Wróciliście z Holandii do Krakowa i uznaliście, że zostaniecie ceramikami?

Kasia: Tak, w zasadzie tak. Dodatkowo to, co robiliśmy w Holandii zgłosiliśmy na konkurs „Młodzi na start” w Elle Decoration i dostaliśmy wyróżnienie. Tematem przewodnim był minimalizm, a my akurat byliśmy nim mocno zafascynowani. Nazwaliśmy się Studio of Basic Design i robiliśmy też notatniki.

Projekt Pracownie: Moment, moment – notatniki? Jaka jest ich historia? Powiedzcie nam o nich więcej!

Kasia: Na pomysł notatników wpadliśmy na Erasmusie w Monachium. Mieliśmy architektoniczny kryzys – wciąż tylko projekty, wszystko do szuflady, nic nie powstaje… Zapisaliśmy się więc na przedmiot „Projektowanie mebli”. Dzięki temu mieliśmy dostęp do pracowni, w której były wycinarki laserowe i inne rzeczy, jakich na polskiej uczelni nie mieliśmy. Zachłysnęliśmy się tak, że siedzieliśmy tam po nocach. W końcu jakoś wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić notatnik z drewnianymi okładkami. Nie wiemy, jak to wykiełkowało.

Michał: Estetycznie on był bardzo ładny. Kupiliśmy do niego super papier Munken Premium, po którym świetnie się pisze piórem. Okładki wycinaliśmy laserem z HDF-u (twardsza wersja MDF-u), każdą osobno, i spinaliśmy to takimi kółeczkami. Całość była jakąś karkołomną pracą. Ten laser brudził, trzeba było wszystko szlifować… Zrobiliśmy chyba 60 takich notatników, zamówiliśmy też do nich woreczki. Trochę to za bardzo skomplikowaliśmy (śmiech). Później chcieliśmy pomysł przerobić. Poszliśmy do firmy, która się tym zajmuje i zamówiliśmy profesjonalny wykrojnik, chyba do tektury.

Kasia: Ogólnie tą płytą HDF prawie zepsuliśmy komuś wielką maszynę za kilkanaście tysięcy złotych.

Michał: Pan nam powiedział, że to nie zadziała i musimy zmienić koncepcję. Trochę już byliśmy obrażeni na ręczną produkcję notatnika i chcieliśmy zaprojektować coś, co potem po prostu wykona dla nas drukarnia.

Kasia: Tak właśnie wpadliśmy na pomysł na Weekly Planner z marmurowymi okładkami. Studiowaliśmy architekturę i przechodziliśmy fascynację materiałem, więc zrobiliśmy notatniki z różnymi teksturami na okładkach.

Michał: Stworzyliśmy chyba 7 czy 8 wzorów tych notatników. Użyliśmy na przykład zdjęcia marmuru i cegły, które sami zrobiliśmy w Eindhoven, czy zdjęcia betonu, które wykonaliśmy w Portugalii.

Kasia: Wtedy sprzedawaliśmy już te notatniki u Papierniczonych, z którymi poznaliśmy się 5 lat temu. Oni byli pierwszym sklepem, który w nas uwierzył i kupił od nas kilka tych notatników. One naprawdę dobrze się sprzedawały. Cały czas można je jeszcze znaleźć w sieci.

Michał: Potem zmienił nam się gust i zrobiliśmy serię notatników minimalistycznych, takich naprawdę premium. Przy nich poczuliśmy lekki zawód, bo okazało się, że niewiele osób wybiera proste wzory notatników, a pracowaliśmy nad nimi dość długo.

Projekt Pracownie: Mówiliście, że nauczyliście się pracy na formach, a ja widzę… koło.

Michał: Ceramika chodziła nam po głowie i szukaliśmy producenta, który robiłby nasze projekty na większą skalę. Jak przyjechaliśmy do Krakowa, to przywieźliśmy ze sobą rzeczy wykonane w pracowni, które zgłosiliśmy na konkurs. Nie mieliśmy jeszcze jednak swojej pracowni. Właśnie dlatego z tymi kilkoma sztukami jeździliśmy po ludziach i szukaliśmy kogoś, kto nam je wdroży do produkcji.

Kasia: Wszyscy mówili, że nasze formy są za proste i nie chcieli tego zrobić.

Michał: Jeździliśmy do różnych fabryk, małych i dużych. Największą była ta, z którą zaczęliśmy współpracę. To jest fabryka na Śląsku prowadzona przez pana, który zatrudnia ok. 30 osób i specjalizuje się raczej w karczemnych zastawach, kubkach na grzane wino – ogólnie grubych i garncarskich produktach. Ma cały sprzęt, ale to półręczna produkcja. Ten człowiek pomógł nam przy produkcji kolekcji Canvas. Zleciliśmy mu 5 rzeczy, zamówiliśmy formę. Wdrażanie tego wszystkiego to dosyć duża operacja. Wtedy ponownie zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli rzecz jest taka prosta, to ona musi być wykonana naprawdę super. Przygotowywaliśmy prototypy, wysyłaliśmy mu rysunki, on robił formy i ustalaliśmy szczegóły wykończenia. Zrobienie tego wszystkiego jest stosunkowo drogie.

Kasia: Nie mogliśmy więc zamawiać kilku nowych form co miesiąc, bo nie mieliśmy worka pieniędzy bez dna. A, że chcieliśmy robić nowe produkty, uznaliśmy, że robiąc rzeczy samodzielnie będziemy mogli eksperymentować z nowymi wzorami i mieć jakość pod kontrolą. Tak powstała nasza pierwsza, własnoręcznie stworzona kolekcja Gradient. Jednak wszystko zaczęło się od wspomnianej wcześniej kolekcji Canvas.

Projekt Pracownie: Wypuściliście ją już pod szyldem Mleko Living?

Michał: Tak, to była nasza pierwsza rzecz pod tą marką. Ten pan wysłał nam rzeczy, potem była sesja, a dzień później musieliśmy je wysłać, bo był deadline zgłoszenia na Must Have. Jak on to mówi, wszystko było gotowe na żyletki (śmiech). To nam się super rozpromowało dzięki informacjom prasowym. Kasia wysłała masę rzeczy do gazet i blogów. Wstyd się przyznać, ale w tym czasie przestaliśmy robić notatniki i poświęciliśmy cały czas i energię na coś, co było dopiero w zarodku. Po prostu chcieliśmy już być tym Mleko i robić prostsze rzeczy, dosyć długo nam się to rozkręcało. Przeskoczyliśmy na następną łódkę, ale… ona okazała się raczej taką tratwą, nie była do końca zbudowana (śmiech).

Projekt Pracownie: Sporo energii zainwestowaliście w ten biznes.

Kasia: Trzeba tu powiedzieć, że dostaliśmy dofinansowanie z budżetu miasta na sprzęt. Dzięki temu kupiliśmy piec, koło, komputer, drukarkę… Bez tego ciężko założyć pracownię. Dalej to, co zarobiliśmy na notatnikach, finansowało nam glinę (śmiech).

Michał: Wielu rzeczy dotyczących prowadzenia biznesu uczymy się w praktyce. Targi w Amsterdamie były dla nas dobrą szkołą. Dużo czasu spędziliśmy, przygotowując ekspozycję. Mieliśmy tam 5 rzeczy, każda była w trzech kolorach: bezbarwny mat, obok jest bezbarwny błysk i surowy. Dla nas to były totalnie trzy różne kolory i myśleliśmy, że mamy niesamowicie szeroką ofertę (śmiech). Nauczyliśmy się jednak, że trzeba patrzeć na to okiem klienta – kogoś, kto chce kupić wazon i nie dywaguje przez miesiąc na temat trzech różnych odcieni bieli (śmiech).

Kasia: Wciąż uczymy się na własnych błędach (śmiech). Całe nasze działanie opiera się na próbach, non stop eksperymentujemy.

Projekt Pracownie: Powiedzieliście kiedyś, że „nadajecie znaczenie i wartość przedmiotom, a nie one Wam”.

Michał: Taki właśnie był pomysł na kolekcję Canvas. Chcieliśmy ją traktować jako tło wymagające interpretacji odbiorcy.

Kasia: Byliśmy wtedy bardzo zmęczeni pstrokatością i dziwnością oferty przedmiotów codziennego użytku. Robiliśmy rzeczy najprostsze, jak tylko się da. Bez żadnych ozdób, dziwnych kształtów. Chodziło nam o to, żeby skoncentrować się na tym, do czego służą te rzeczy.

Michał: Kubek nie ma być jakoś mega przyciągający uwagę, ale fajnie, żeby na przykład kawa w nim dobrze wyglądała. Wazon nie może być bardziej ozdobny od kwiatów, bo chodzi o to, żeby je wyeksponować. Ktoś, kto to kupuje, musi być bardzo świadomym konsumentem, żeby dostrzec potencjał w tak minimalistycznych rzeczach. W końcu kupujemy wazon głównie dlatego, że sam w sobie nam się podoba. Właśnie dlatego zaczęliśmy urozmaicać ofertę.

Kasia: Nie chcieliśmy, żeby trzeba było każdemu wyjaśniać naszą filozofię, tylko żeby nasze projekty broniły się same.

Projekt Pracownie: Jak udało Wam się wypromować swoją markę? Jaki mieliście pomysł na sprzedaż swoich produktów?

Kasia: Pomogło nam to, że po raz pierwszy w swojej historii postanowiliśmy nie zrobić czegoś samodzielnie. Wcześniej wszystkie zdjęcia i stronę internetową robiliśmy sami. Zdecydowaliśmy się jednak wejść we współpracę i zrobić sesję zdjęciową, żeby to było coś świeżego: już nie tylko te nasze pomysły na zdjęcia, ale burza mózgów nad tym, jak pokazać nasze rzeczy. Przyjaźnimy się z Madzią Zielasko, która zajmuje się PR-em w różnych firmach, prowadziła bloga i robi zdjęcia. Ona poleciła nam Michaelę Metesovą, swoją przyjaciółkę. Dziewczyna studiowała fotografię w Krakowie, a teraz pracuje w Warszawie jako freelancerka. Ostatnio miała okładkę w „Ustach”, a wcześniej edytoriale w „Zwykłym Życiu”. Ta nasza sesja to była jej pierwsza sesja produktową. Udało nam się stworzyć spójną historię. To rzeczy spokojne, zdjęciami chcieliśmy zwrócić uwagę na materiał i wykonanie. Dzięki Michaeli sesja wyszła super.

Projekt Pracownie: Słyszeliśmy od zaprzyjaźnionych rzemieślników, że udało Wam się pozyskać agenta, by sprzedawać swoje produkty za granicą – w Singapurze, w Indiach i na Słowenii. To mnie zafascynowało, bo nikt raczej nie idzie taką ścieżką.

Kasia: Teraz już wiemy, dlaczego (śmiech).

Michał: Będę mówił szczerze. Można podzielić producentów na kilka grup. Jak ktoś jest tylko projektantem, zamawia rzeczy w fabryce i sprzedaje je pod swoją marką, jest w zupełnie innej sytuacji niż ktoś, kto robi wszystko ręcznie. Trudno jest skalować ten biznes. To, czy zrobimy jeden kubek, czy sto – to jest wielokrotność tego samego czasu i nie możemy dawać dużych rabatów cenowych ze względu na liczbę. Każdy jeden kubek to dla nas ta sama praca. Jeśli sprzedaje się takie rzeczy, jak notatniki czy cokolwiek, co ktoś produkuje dla Ciebie, wtedy można współpracować z agentami, jakimiś sklepami. Ale one niestety wymagają tego, żeby im sprzedawać z rabatem 50%. Już na początku odpada Ci połowa ceny detalicznej, którą płaci klient. Agent bierze sobie kolejne 30%. Jeśli ktoś idzie do sklepu i płaci na przykład 100 złotych, nam z tego zostaje 28 złotych. I za te 28 musimy coś wytworzyć, opakować i wysłać do Lublina albo Singapuru. Karkołomna sprawa. Jeśli produkowalibyśmy coś przemysłowego na większą skalę, wtedy współpraca z agentami i szybka ekspansja na cały świat są efektywne ekonomicznie. Zdaliśmy sobie sprawę, że to jest jednak rękodzieło. Tak, jak dziewczyny z Tartarugi. Rozmawialiśmy z nimi po ich powrocie z targów w Londynie. Dziewczyny opowiadały, jak ludzie mówili im, że mogłyby to sprzedawać dużo drożej… ale nie mogą tego robić przez sklep pobierający 50% prowizję. Jak one przy tym nakładzie pracy sprzedawałyby to za pół ceny, to by nic z tego nie zostało. Już wiemy, że nie tędy droga. W takich małych pracowniach nie da się tego łatwo skalować, trzeba bardziej przyciągać ludzi do siebie – do swojego sklepu czy pracowni – i sprzedawać u siebie. To jest zresztą ciekawe, bo kontakt z klientem jest bezpośredni. Ktoś kupuje coś od nas, ten produkt jedzie do niego do domu… a potem słyszymy, że mu się podoba i tak dalej. Nie jesteśmy dużym producentem, który ma sieć sprzedaży podzieloną na ileś etapów. Bardzo nas cieszy, że sklepy, z którymi nawiązaliśmy współpracę, później do nas wracają. To nie jest przypadkowe.

Projekt Pracownie: Porozmawiajmy o Nowej Fali Rzemiosła. Jaki jest Wasz stosunek do tego zjawiska?

Kasia: Jedni uważają, że nowoczesne rzemiosło powinno być stuprocentowym rzemiosłem, a inni, że nic nie stoi na przeszkodzie, by korzystać z nowych technologii. Naszym marzeniem byłoby, gdyby właśnie te dwa nurty istniały równolegle: istniało rzemiosło prawdziwe i nowofalowe. Nie możemy być całe życie w kontrze i uznawać rozwój technologii za zły… Chcielibyśmy znaleźć balans.

Michał: Ja natomiast mam takie podejście, że doceniam w pełni ręczne wykonanie i bardzo lubię takie rzeczy. Wyobrażam sobie, że gdybym kupił sobie kubek albo drewnianą miskę, którą ktoś robił cały dzień, to będę darzył ten przedmiot uznaniem. Ale to, że się coś szanuje i rozumie nie znaczy, że musi być to nasz sposób na życie i firmę. Nasze charaktery nie pozwalałby na nieużywanie prądu w pracy. To jest po prostu inny pomysł na siebie.

Kasia: Ktoś, kto kupuje nasze rzeczy, jest prawdopodobnie świadom, że zostały wykonane ręcznie. Ale pewnie nie do końca wie ile to wykonanie dokładnie zajmuje czasu, ile rzeczy się psuje w trakcie pracy…

Projekt Pracownie: Jak wygląda środowisko rzemieślnicze w Krakowie? Jak odnosi się ono do warszawskiego? Tu mamy dwa aspekty: pierwszy to Wy i inni twórcy w Krakowie, a drugi to Wy i rzemieślnicy a miasto. Można mówić o jakimś krakowskim cechu rzemieślników Nowej Fali?

Kasia: Uważam, że w Krakowie nie ma takiej społeczności, jaka jest w Warszawie. Moim zdaniem wynika to głównie z braku takich wydarzeń jak w stolicy, ale oczywiście też w pewnym stopniu od zamożności mieszkańców. Widzimy, że jest coraz więcej targów młodych projektantów, ale często więcej na nich wystawców niż odwiedzających. Byliśmy na jednych targach w Krakowie, ale nie zwrócił nam się nawet koszt stoiska. A targi to przecież świetna okazja, żeby poznać innych twórców – tak właśnie w Warszawie poznaliśmy dziewczyny z Tartarugi.

Projekt Pracownie: Myślicie, że ludzie w Krakowie nie szukają rzemiosła do domu?

Michał: Ludzie w Krakowie lubią sobie pójść i pooglądać, ale portfele zostawiają w domu, żeby przypadkiem czegoś nie kupić (śmiech). Do Warszawy przyjeżdżają ludzie, którzy szukają czegoś nowego, na przykład chcą zmienić pracę. Są bardziej ciekawi i otwarci, niż ludzie w Krakowie. Może dlatego jest tam lepszy odbiór nowości? Jest więcej pracowni, więcej rzeczy sprzedaje się na targach… Jest większe zainteresowanie. Jak patrzymy na stronę, to najwięcej wejść mamy właśnie z Warszawy. Tak samo wygląda sprawa z zamówieniami: jeśli już jest z Polski to, powiedzmy, na 80% z Warszawy. Polska dopiero zaczyna doceniać takie rzemieślnicze produkcje, dlatego największe zmiany zaczynają się w największych miastach.

Projekt Pracownie: Uważacie, że powinny powstawać instytucje zrzeszające rzemieślników?

Michał: Bardzo byśmy chcieli! Kasia nawet miała kiedyś taki pomysł! Chciała założyć portal, on miał chyba nazywać się Powoli, tak w duchu slow. Z naszych obserwacji wynika, że jest dużo małych i średnich biznesów, w których ludzie – nie zawsze własnoręcznie – zajmują się produkcją rzeczy wysokiej jakości, o pięknym wzornictwie. Jednak, co najważniejsze, nie chodzi w nich tylko o to co widać na sklepowej półce, ale też o to co się działo zanim tam trafiły. Ważny jest proces produkcji: aby nikt i nic w tym procesie nie ucierpiało: ludzie, zwierzęta, środowisko. To są rzeczy, które nie powstają tylko po to, by pomysłodawcy przynieść pieniądze. Mają stanowić wartość zarówno dla samych twórców, jak i końcowych użytkowników. Taki portal mógłby zrzeszać tych producentów i pomóc im dotrzeć do grupy odbiorców, którzy też mogliby z czasem stać się społecznością wymieniającą się radami dotyczącymi świadomego konsumpcjonizmu. Uważamy, że nie trzeba robić czegoś własnoręcznie, aby wpisywało się w ruch slow life.

Kasia: My mieliśmy problem z delegowaniem czy ufaniem komuś, że zrobi coś tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Przechodziliśmy ze skrajności w skrajność, ale chcielibyśmy zrobić coś po środku: znaleźć kilku producentów i rzemieślników, dodać swój pierwiastek i wszystko zbalansować.

Kasia: Wiem, że przyszliście odwiedzić pracownię ceramiczną, ale my przede wszystkim jesteśmy projektantami. Właśnie dlatego nazywamy się Mleko Living. Czuliśmy, że chcemy robić różne rzeczy związane z życiem codziennym, domem… To zawsze było naszą fascynacją. Z tego powodu poszliśmy na architekturę, bo ona łączy się z naszym środowiskiem mieszkaniowym. Wiedzieliśmy, że interesują nas różne rzeczy: ceramika, meble, papier… Mieliśmy nawet krótki okres fascynacji tekstyliami (śmiech). Może za rok będziemy robić kilimy (śmiech).

Projekt Pracownie: Jest coś, czego jeszcze nie robiliście?

Kasia: Jak porozmawiamy za 10 lat, to już nie będzie! (śmiech) Rozwój to naturalny proces. Większość twórców ewoluuje na przestrzeni lat, zmienia styl, eksperymentuje. Dla nas byłoby to nawet dziwne, gdyby ktoś przez całe życie nie spróbował robić czegoś innego niż dotychczas. Dobrze jest się rozwijać!

Mleko Living Katarzyna i Michał Załuscy

UDOSTĘPNIJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Projekt Pracownie

NAPISZ DO NAS

Chcesz opowiedzieć nam swoją historię? Znasz rzemieślnika lub artystę, który podzieli się z nami swoim doświadczeniem, pasją? Napisz do nas!

kontakt@projektpracownie.pl Od 25 maja 2018 roku obowiązuje „RODO”, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony danych osobowych i w sprawie swobodnego... >